logo Zielonego info
Z ostatniej chwili:
Ułatwienia dostępu:
kolorystyka stronyRozmiar czcionek:
Zmień wielkość tekstu

Quo vadis, Europo?

Instytucje Unii stworzono dla sześciu państw członkowskich. Z ledwością wystarczają dla 15. Rozszerzenie Unii do 27-30 członków może prowadzić do kryzysów. To niebezpieczeństwo nie przemawia jednak przeciwko możliwie najszybszemu rozszerzeniu, lecz za zdecydowaną reformą instytucji – mówił w Berlinie szef niemieckiego MSZ

Liczy się to, co zostało powiedziane! Niemal równo 50 lat temu Robert Schuman przedstawił swoją wizję „europejskiej federacji”. Rozpoczęła się nowa era w historii Europy. Integracja europejska była odpowiedzią na stulecia niepewnej równowagi sił na kontynencie targanym raz po raz wyniszczającymi wojnami o hegemonię, które osiągnęły kulminację podczas obu wojen światowych. Dlatego istotą myślenia o Europie po 1945 r. było i jest odrzucenie zasady balance of power – systemu równowagi sił i dążenia poszczególnych państw do hegemonii, powstałego po pokoju westfalskim w 1648 r. – i zastąpienie jej przez ścisły związek, oparty na ich żywotnych interesach i przeniesieniu suwerenności na ponadnarodowe instytucje europejskie.

Po pół wieku europejski proces integracji jest zapewne najważniejszym wyzwaniem politycznym dla wszystkich uczestniczących w nim narodów. Jego sukces lub niepowodzenie czy nawet tylko stagnacja będą miały przemożny wpływ na przyszłość nas wszystkich, zwłaszcza młodego pokolenia. Wielu ludzi uważa ten proces za biurokratyczne przedsięwzięcie bezdusznej eurokracji z Brukseli; w najlepszym razie – nudne, w najgorszym – niebezpieczne.

Na czas tego przemówienia zdystansuję się wobec swej roli ministra spraw zagranicznych i członka rządu Niemiec, choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to naprawdę możliwe. Chciałbym dziś jednak mówić nie o bieżących wyzwaniach polityki europejskiej, o konferencji rządowej członków Unii czy rozszerzeniu jej na wschód, lecz o możliwych perspektywach strategicznych integracji europejskiej.

Ani kroku w tył

Dziesięć lat od zakończenia zimnej wojny, u progu ery globalizacji problemy europejskie tak się spiętrzyły, że dysponując obecnymi środkami, bardzo trudno będzie się z nimi uporać. Wprowadzenie wspólnej waluty, decyzja o rozszerzeniu Unii na wschód, rozwój wspólnej polityki bezpieczeństwa i polityki zagranicznej wyznaczają nie tylko to, co zdołaliśmy osiągnąć, lecz także stawiają nowe wyzwania, z którymi przyjdzie nam się zmierzyć.

Quo vadis, Europo? – takie pytanie stawia nam ponownie historia. Odpowiedź Europejczyków może być tylko jedna: naprzód, ku finałowi integracji europejskiej. Cena, jaką Europa musiałaby zapłacić za cofnięcie się czy nawet tylko poprzestanie na dotychczasowych osiągnięciach, byłaby dramatycznie wysoka. Dotyczy to w szczególności Niemiec i Niemców.

W nadchodzącej dekadzie musimy rozszerzyć Unię na wschód i południe, co doprowadzi do podwojenia liczby państw członkowskich. By podołać temu historycznemu zadaniu, nie podważając zdolności Unii do działania, potrzebujemy integracji politycznej.

Zsynchronizowanie obu tych procesów jest chyba największym wyzwaniem, przed jakim Unia kiedykolwiek stała. Żadne pokolenie historycznych wyzwań nie wybiera. Unia staje przed nim w wyniku zakończenia zimnej wojny i wymuszonego podziału Europy. Wymaga to od nas podobnych wizjonerskich zdolności i determinacji, jakie wykazali Jean Monnet i Robert Schuman. Tak jak wtedy, po zakończeniu ostatniej wielkiej wojny europejskiej, będącej zarazem – jak niemal wszystkie europejskie konflikty zbrojne – wojną niemiecko-francuską, tak i teraz, gdy finalizujemy dzieło budowy Unii Europejskiej poprzez jej rozszerzenie na wschód i dokończenie integracji politycznej, najwięcej będzie zależało od Francji i Niemiec.

Bądźmy gotowi

Dwie historyczne decyzje podjęte w połowie XX wieku odwróciły losy Europy ku lepszemu: decyzja USA o pozostaniu w Europie i postawienie przez Francję i Niemcy na integrację.

Z chwilą wcielenia idei integracji w życie powstał nie tylko nowy porządek w Europie – ściśle biorąc, w Europie Zachodniej – lecz także dokonał się zasadniczy zwrot w jej historii. Wystarczy porównać historię Europy w pierwszej i drugiej połowie XX wieku. Szczególnie pouczające jest spojrzenie z perspektywy Niemiec – jak wiele nasz kraj zawdzięcza idei integracji europejskiej i jej urzeczywistnieniu.

Nowa – mówiąc bez przesady, rewolucyjna – zasada europejskiego systemu państw narodziła się we Francji. Jej stopniowe urzeczywistnianie, począwszy od utworzenia Wspólnoty Węgla i Stali, a skończywszy na stworzeniu wspólnego rynku i waluty, opierało się głównie na niemiecko-francuskiej wspólnocie interesów. Nie miała ona jednak nigdy charakteru elitarnego, zawsze była otwarta na inne państwa europejskie – i taki stan rzeczy powinien się utrzymać aż do zakończenia procesu integracji.

Integracja okazała się wyjątkowo skuteczna. Miała tylko jeden istotny, wymuszony przez historię, mankament. Nie dotyczyła całej Europy, lecz wyłącznie jej demokratycznej, zachodniej części. Przez 50 lat linia podziału Europy przebiegała przez środek Niemiec i Berlina. Część Europy, położona na wschód od muru i drutów kolczastych, czekała na szansę wzięcia udziału w procesie jednoczenia się kontynentu. Bez niej integracja nigdy nie byłaby pełna. Taka szansa pojawiła się wraz z końcem podziału Europy i Niemiec na przełomie 1989/90 r.

Robert Schuman dostrzegał to przenikliwie już w 1963 r.: „Musimy stworzyć zjednoczoną Europę nie tylko w interesie wolnych narodów, lecz również, by móc przyjąć do tej wspólnoty narody Europy Wschodniej, gdy uwolnione od ucisku będą się ubiegać o przyjęcie do niej i szukać w niej moralnego wsparcia. Każdy nasz krok na tej drodze będzie dla nich nową szansą. Naszym obowiązkiem jest być w pogotowiu”.

Po rozpadzie imperium radzieckiego Unia musiała otworzyć się na wschód – w przeciwnym razie idea integracji wypaliłaby się i w końcu umarła (wystarczy spojrzeć na byłą Jugosławię). Unia ograniczona do Europy Zachodniej miałaby ciągle do czynienia z rozdwojonym systemem państw: na zachodzie integracja, a na wschodzie stary system równowagi i stałe zagrożenie ze strony nacjonalistycznych ideologii i animozji. Rozdwojony system wprowadziłby w Europie stan niepewności, a tradycyjne linie podziałów odżyłyby w samej Unii. Wielkim przegranym byłyby wtedy Niemcy. Również geopolityka nie pozostawiła żadnej poważnej alternatywy dla rozszerzania instytucji europejskich na wschód, o czym przekonujemy się właśnie teraz, w epoce globalizacji.

Europejskie priorytety

W odpowiedzi na tę historyczną zmianę UE rozpoczęła proces głębokich przemian:

W Maastricht trzy elementy suwerenności nowoczesnego państwa demokratycznego – własną walutę, bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne – po raz pierwszy powierzono wyłącznie instytucji europejskiej. Wprowadzenie euro oznaczało nie tylko zwieńczenie integracji gospodarczej, lecz było też aktem głęboko politycznym, waluta bowiem jest nie tylko wielkością ekonomiczną, lecz i symboliczną. Wspólna gospodarka i waluta – przy braku odpowiednich struktur politycznych – wytworzyły napięcia, które mogą prowadzić do kryzysów w Unii, jeśli nie dokończymy procesu zjednoczenia.

W Tampere Rada Europy wyznaczyła początek nowego, dalekosiężnego projektu integracyjnego – budowy wspólnej przestrzeni prawnej i bezpieczeństwa wewnętrznego. Europa obywateli staje się coraz bliższa. Wspólne prawo może mieć dużą moc integracyjną.

Pod wpływem wojny w Kosowie państwa europejskie podjęły dalsze kroki dla wzmocnienia wspólnej zdolności do działania ponad politycznymi podziałami oraz porozumiały się w Kolonii i Helsinkach co do nowego celu – rozwoju wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony. Był to – po euro – następny krok naprzód, bo jak uzasadnić na dłuższą metę to, że państwa wiążące się nierozerwalnie unią walutową oraz ekonomiczno-politycznymi zależnościami nie reagują wspólnie w obliczu zewnętrznych zagrożeń i nie gwarantują sobie nawzajem bezpieczeństwa?

W Helsinkach zatwierdzono konkretny plan rozszerzenia Unii. Dzięki temu można zarysować przebieg jej przyszłych granic. Przewiduje się, że pod koniec procesu rozszerzania Unia Europejska będzie liczyć 27, 30 lub nawet więcej członków.

Obecnie stoimy przed bardzo trudnym zadaniem równoległego zorganizowania dwóch wielkich projektów:

1. Możliwie najszybsze rozszerzenie Unii.

Rozszerzenie stwarza duże trudności dopasowania struktur i standardów – zarówno krajom przyjmowanym, jak i samej Unii. Budzi też obawy naszych obywateli: Czy będą zagrożone miejsca pracy? Czy w wyniku rozszerzenia Europa stanie się jeszcze mniej przejrzysta i zrozumiała dla obywateli?

Musimy te kwestie bardzo poważnie rozważyć, ale nie wolno stracić z oczu historycznego wymiaru rozszerzenia Unii na wschód, gdyż jest to niepowtarzalna szansa na zjednoczenie przez stulecia wstrząsanego wojnami kontynentu. Leży też w narodowym interesie Niemiec. Ryzyka i pokusy, na które narażone są Niemcy z powodu rozmiarów i centralnego położenia, można trwale przezwyciężać, rozszerzając Unię i zarazem pogłębiając jej integrację. Rozszerzenie, np. na południe, jest także programem rozwoju dla całej Europy, w tym dla niemieckiej gospodarki. Niemcy muszą zatem pozostać rzecznikiem szybkiego rozszerzenia Unii na wschód, prowadzonego stosownie do postanowień z Helsinek.

2. Zdolność Europy do sprawnego funkcjonowania.

Instytucje Unii stworzono dla sześciu państw członkowskich. Z ledwością wystarczają dla 15. Istnieje niebezpieczeństwo, że rozszerzenie Unii do 27-30 członków przewyższy jej zdolność absorpcyjną i może prowadzić do kryzysów. To niebezpieczeństwo nie przemawia jednak przeciwko możliwie najszybszemu rozszerzeniu, lecz za zdecydowaną reformą instytucji.

Te dwa zadania stoją w centrum zainteresowania obecnej konferencji międzyrządowej. Unia zobowiązała się, że do 1 stycznia 2003 r. zdoła przyjąć nowych członków. Rozwiązanie trzech kwestii – ustalenie składu Komisji Europejskiej, rozdział głosów w Radzie Europy, a zwłaszcza zwiększenie mocy decyzji zapadających większością głosów – jest nieodzowne dla dalszego gładkiego przebiegu procesu rozszerzania UE. Jest priorytetem.

Wielka Unia

Niezależnie od wyniku konferencji międzyrządowej dla przyszłości Unii musimy już dziś myśleć o procesie jej rozszerzania, o możliwościach funkcjonowania przyszłej „wielkiej” Unii, o tym, jak powinna wyglądać i funkcjonować.

Zdystansuję się teraz zupełnie wobec roli ministra spraw zagranicznych, by zaprezentować parę przemyśleń zarówno na temat istoty tzw. finalizacji Europy, jak i sposobu zbliżania się do tego celu i osiągnięcia go. Wszystkich zaś eurosceptyków po obu stronach kanału La Manche proszę, by przesadnie nie podkreślali tego, co powiem w gazetowych tytułach, bo – po pierwsze – chodzi tu o osobistą wizję przyszłości rozwiązania problemów europejskich, a po drugie – mowa tu o długim okresie, daleko wykraczającym poza kadencję konferencji międzyrządowej. Nie ma więc powodu do obaw.

Rozszerzenie pociągnie za sobą nieuchronnie reformę instytucji europejskich. Jak wyglądałaby bowiem Rada Europy w składzie 30 szefów państw i rządów? Czy będzie 30 unijnych prezydencji? Jak długo – może nawet tygodniami – będą wtedy trwały posiedzenia Rady? Jak w dzisiejszej strukturze Unii pogodzić interesy 30 członków, uchwalać rezolucje, a potem jeszcze działać? Jak zapobiec temu, by UE nie stała się ostatecznie nieprzejrzysta, kompromisy coraz bardziej niepojęte i dziwaczne i żeby poparcie dla Unii wśród jej obywateli nie spadło do zera?

Morze pytań, na które jest jednak bardzo prosta odpowiedź: przejście od związku państw do pełnej parlamentaryzacji w postaci Federacji Europejskiej, której Robert Schuman domagał się już 50 lat temu. A to oznacza nic innego jak parlament europejski i takiż rząd – sprawujące faktyczną władzę ustawodawczą i wykonawczą w granicach federacji. Federacja ta winna być powołana na mocy traktatu konstytucyjnego.

Doskonale sobie uświadamiam, jakie problemy proceduralne i merytoryczne trzeba będzie przezwyciężyć na drodze do tego celu. Ale jest dla mnie oczywiste, że Europa tylko wtedy będzie odgrywać odpowiednią rolę w globalnym wyścigu gospodarczym i politycznym, jeśli będziemy odważnie iść do przodu. Receptami z XIX i XX wieku nie da się rozwiązać problemów XXI wieku.

Federacja państw narodowych

Oczywiście, tak proste rozwiązanie wywoła od razu zarzut niewykonalności. Europa nie jest kontynentem młodym; składa się z mozaiki narodów, kultur, języków i historii. Państwa narodowe są tworami jak najbardziej realnymi. Im więcej superstruktur i anonimowych działaczy politycznych, odległych od obywateli, powoła do życia globalizacja i europeizacja – tym bardziej kurczowo ludzie będą się trzymali swoich państw narodowych zapewniających spokój i bezpieczeństwo.

Podzielam wszystkie te zarzuty – są prawdziwe. Byłoby błędem konstrukcyjnym nie do naprawienia, gdyby integrację polityczną próbowano ukończyć na przekór istniejącym instytucjom i tradycjom narodowym, zamiast wziąć je pod uwagę. Takie przedsięwzięcie – w historycznych i kulturalnych warunkach Europy – skazane byłoby na niepowodzenie. Projekt ten będzie wykonalny mimo ogromnych trudności, tylko pod warunkiem że integracja europejska obejmie państwa narodowe taką federacją, w której ich instytucje nie zostaną zepchnięte na bok ani nie przestaną istnieć.

Dotychczasowe wyobrażenie o europejskim państwie związkowym, które stałoby się nową władzą, zastępującą stare państwa narodowe i ich systemy demokratyczne – jawi się jako twór sztuczny, wychodzący poza dojrzałą europejską rzeczywistość. O doprowadzeniu integracji europejskiej do końca można myśleć tylko wtedy, jeśli nastąpi to na zasadzie podziału suwerenności między Europą a państwami narodowymi. To właśnie mieści się w pojęciu „subsydialności” czy „pomocniczości”, na temat którego wszędzie toczą się dyskusje i które mało kto naprawdę rozumie.

Europa obywateli

Jak rozumieć ów „podział suwerenności”? Otóż Europa nie będzie powstawać w przestrzeni pustej politycznie. Treścią europejskiej rzeczywistości są różne narodowe kultury polityczne i demokratyczne społeczności oddzielone wszechobecnymi granicami językowymi. Europejski parlament musi zatem zawsze reprezentować podwójną Europę – Europę państw narodowych i Europę obywateli. Jest to możliwe, pod warunkiem że parlament ten zjednoczy różne elity narodowe i polityczne oraz społeczności narodowe.

Moim zdaniem da się to osiągnąć, jeżeli parlament europejski będzie się składał z dwóch izb. W jednej znajdą się deputowani wybierani przez wszystkich obywateli Unii, a zarazem będący posłami do parlamentów narodowych. Dzięki temu nie będzie sprzeczności między parlamentami narodowymi a parlamentem europejskim – między państwem narodowym a Europą. Co do kształtu drugiej izby – trzeba będzie zdecydować pomiędzy modelem senatu, z senatorami państw narodowych powoływanymi do niego w wyborach bezpośrednich, a izbą państw, analogiczną do naszego Bundesratu. W Stanach Zjednoczonych każdy stan wybiera dwóch senatorów, natomiast o liczbie posłów z danego kraju związkowego do naszego Bundesratu decyduje liczba wyborców danego landu.

Podobnie rysują się dwie opcje europejskiej władzy wykonawczej – rządu Europy. Albo zdecydujemy się na dalszy rozwój Rady Europy w kierunku europejskiego rządu – tzn. powstanie on z rządów narodowych; albo przejdziemy – wychodząc od dzisiejszej struktury Komisji Europejskiej – do bezpośrednio wybieranego prezydenta z szerokimi uprawnieniami wykonawczymi. Możliwe są tutaj również formy pośrednie.

Potrzebujemy konstytucji

Zaraz padnie zarzut, że Europa już dziś stała się zbyt skomplikowana, a dla obywateli Unii – zbyt nieprzejrzysta, teraz zaś chce się ją jeszcze bardziej skomplikować. Ale zamysł jest dokładnie odwrotny.

Podział suwerenności między federację a państwa narodowe wymaga traktatu konstytucyjnego. Zapisano by w nim, co wchodzi w skład kompetencji Unii, a co leży w gestii państw narodowych. Duża liczba regulacji na poziomie unijnym to wynik indukcyjnego zjednoczenia wedle metody Monneta oraz wyraz międzypaństwowych kompromisów dzisiejszej Unii. Nowy, jasny podział kompetencji między federację a państwa narodowe powinien przekazać federacji podstawowe elementy suwerenności, ale tylko te, które bezwarunkowo muszą być regulowane na poziomie europejskim. Reszta natomiast należałaby do państw narodowych. Byłaby to federacja szczupła i zarazem zdolna do działania; całkowicie suwerenna, a jednak polegająca na świadomych swej roli państwach narodowych – członkach tej federacji. Byłaby to także federacja przejrzysta i zrozumiała dla obywateli, gdyż przezwyciężyłaby deficyt demokracji.

To wszystko nie będzie jednak oznaczać zniesienia państwa narodowego. Będzie ono niezastąpione – ze swoimi kulturowymi i demokratycznymi tradycjami – by federacyjna unia obywatelska i państwowa była w pełni akceptowana i posiadała legitymizację.

Wiem, że pojęcie „federacji” drażni wielu Brytyjczyków, ale nie przychodzi mi do głowy inne określenie. Nie chodzi tu o to, by kogokolwiek drażnić. Nawet jeśli taką unię osiągniemy – pozostaniemy Brytyjczykami i Niemcami, Francuzami i Polakami. Państwa narodowe będą nadal istnieć i zachowają na płaszczyźnie europejskiej znacznie mocniejszą rolę od tej, jaką mają kraje związkowe w Niemczech. A zasada subsydialności będzie miała w przyszłości w takiej federacji rangę konstytucyjną.

Te trzy reformy – rozwiązanie problemów związanych z demokracją oraz nowy ład kompetencyjny, zarówno poziomy, czyli między instytucjami europejskimi, jak i pionowy, czyli między Europą, państwem narodowym i regionami – mogą się powieść tylko poprzez ustanowienie nowej konstytucji Europy. Jej rdzeń musi być ostoją dla podstawowych praw, praw człowieka i obywatela, dla zrównoważonego podziału władzy między instytucjami europejskimi oraz dla rozgraniczenia płaszczyzny europejskiej od płaszczyzny państw narodowych. Główną oś takiej konstytucji będzie stanowił stosunek federacji do państwa narodowego. Żeby uniknąć nieporozumień – to nie ma nic wspólnego z renacjonalizacją, wręcz przeciwnie.

Kryzys metody

Czy ta wizja federacji da się zrealizować za pomocą dotychczasowej metody integracji, czy też trzeba zakwestionować samą tę metodę, centralny element dotychczasowego procesu jednoczenia?

Do niedawna w procesie tym dominowała w istocie metoda Monneta, która opierała się na uczynieniu instytucji europejskich i polityki wspólnymi. Ta stopniowa integracja – bez koncepcji stanu końcowego – była w latach 50. przewidziana dla niewielkiej grupy krajów. Wtedy była skuteczna, ale jej przydatność dla politycznej integracji i demokratyzacji Europy okazała się ograniczona. Tam, gdzie równomierny rozwój wszystkich członków UE nie był możliwy, dochodziło do ewolucji grup państw w zmieniających się układach. Widać to w obecnej Unii Gospodarczej i Walutowej czy też na przykładzie układu granicznego z Schengen.

Czy w takim zróżnicowaniu – w intensywniejszej współpracy w dziedzinach cząstkowych – zawiera się odpowiedź na podwójne wyzwanie rozszerzenia i pogłębienia? Właśnie w rozszerzonej – i siłą rzeczy, niejednolitej unii – dalsze zróżnicowanie będzie nieuniknione. Dlatego ułatwienie rozszerzenia jest także głównym celem obecnej konferencji międzyrządowej.

Ale coraz silniejsze zróżnicowanie będzie stwarzać nowe problemy – zatratę europejskiej tożsamości, wewnętrznej spójności oraz groźbę wewnętrznej erozji Unii – gdyby rósł zakres międzyrządowej współpracy poza ramami UE. Kryzysu metody Monneta nie da się chyba już rozwiązać, posługując się jej własną logiką.

Jacques Delors oraz Helmut Schmidt i Valery Giscard d’Estaing już dawno temu próbowali znaleźć odpowiedzi na ten dylemat. Według Delorsa „federacja państw narodowych”, składająca się z sześciu krajów założycielskich Wspólnoty Europejskiej, powinna zawrzeć „umowę w umowie” w celu dogłębnej reformy instytucji europejskich. W podobnym kierunku podążają przemyślenia Schmidta i Giscarda d’Estaing, którzy jednak zamiast sześciu członków-założycieli wychodzą od 11 krajów Unii Walutowej. Już w 1994 r. Karl Lamers i Wolfgang Schaeuble zaproponowali stworzenie „Europy-jądra”. Koncepcja ta miała jednak wadę wrodzoną. Nie dość, że zakładała elitarność owego „jądra” – zamiast magnesu integracyjnego otwartego na wszystkich – ale jeszcze wykluczała zeń Włochy, mimo że należały one do założycieli Unii.

Jeśli nieuniknione rozszerzanie Unii na wschód stwarza rzeczywiście alternatywę – erozja albo integracja; jeżeli poprzestawanie na obecnym związku państw oznaczałoby zastój z wszystkimi jego negatywnymi skutkami – to wtedy UE, pod naciskiem istniejących warunków i wywołanych przez nie kryzysów, stanie przed zasadniczym pytaniem: Czy większość państw członkowskich osiągnie pełną integrację i zgodzi się na traktat konstytucyjny, by utworzyć federację europejską? A jeśli to nie nastąpi, to czy pójdzie tą drogą awangarda – tj. mniejsza grupa członków, tworzących jakby środek ciężkości, gdyż głęboko przekonanych do europeizacji i zdolnych posuwać się naprzód w integracji politycznej?

Kiedy więc nadejdzie ten właściwy czas? Kto będzie brał w tym udział? I czy ten środek ciężkości będzie oparty na umowach, czy też wytworzy się poza nimi? Jedno jest pewne: bez bardzo ścisłej współpracy niemiecko-francuskiej nie powiedzie się w przyszłości żaden europejski projekt.

Pójdźmy tą drogą

Rozwój Europy daleko poza przyszłe dziesięciolecie można sobie wyobrazić w dwóch lub trzech stadiach:

Na początek – intensywniejsza współpraca między tymi państwami, które tego chcą – jak to już jest w przypadku Unii Gospodarczej i Walutowej czy układu z Schengen. W wielu dziedzinach możemy iść do przodu: rozwijanie strefy 11 krajów Eurolandu w unię gospodarczo-polityczną, ochrona środowiska, zwalczanie przestępczości, rozwój wspólnej polityki imigracyjnej i azylowej oraz wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Przy tym jest bardzo ważne, by bardziej ożywionej współpracy nie rozumieć jako odwrotu od integracji.

Jednym z kroków pośrednich ku pełnej unii politycznej mogłoby być utworzenie później owego środka ciężkości. Taka grupa krajów zawarłaby nowy traktat podstawowy – rdzeń konstytucji federacji. Powołałaby własne instytucje – rząd, który w ramach Unii przemawiałby jednym głosem w możliwie wielu kwestiach w imieniu członków tej grupy; silny parlament; bezpośrednio wybieranego prezydenta. Ten związek państw musiałby być lokomotywą, prącą do zakończenia integracji politycznej, i obejmować wszystkie elementy późniejszej federacji.

Jestem całkowicie świadom problemów instytucjonalnych, których mógłby taki środek ciężkości przysporzyć. Dlatego niezbędne byłoby zapewnienie, że – po pierwsze – to, co już osiągnięto w UE, nie grozi jej podziałem i – po drugie – że „opona” okalająca Unię nie ulegnie uszkodzeniu w kwestiach politycznych i prawnych.

Trzeba by zbudować mechanizmy, które pozwoliłyby na gładką współpracę owego środka ciężkości z szerszą Unią. Nie da się dzisiaj odpowiedzieć, które kraje wezmą udział w tym projekcie – państwa założycielskie Unii czy 11 krajów strefy euro, czy jeszcze jakaś inna grupa. Gdy rozważa się opcję środka ciężkości – jedno musi być zawsze jasne: ta awangarda nigdy nie może być elitarna, lecz musi być otwarta dla wszystkich państw członkowskich i kandydatów ubiegających się o przyjęcie do Unii.

Dla wszystkich, którzy chcą uczestniczyć, ale nie mają ku temu warunków, trzeba stworzyć stosowne możliwości. Przejrzystość i możliwość współdziałania wszystkich członków UE i kandydatów byłyby ważnymi czynnikami wpływającymi na akceptację projektu i jego wykonalność. To musi także obowiązywać wobec krajów przystępujących do Unii. Byłoby bowiem historycznym absurdem i niesamowitą głupotą, gdyby Europa – dokładnie wtedy, kiedy w końcu zostanie ponownie zjednoczona – na powrót się podzieliła.

Takie jądro europejskiej grawitacji musi mieć żywotny interes, żeby przyciągać nowych członków. Przyciąganie wewnątrz traktatów unijnych wytworzy się, pod warunkiem że zastosujemy zasadę Hansa Dietricha Genschera: żadnego kraju członkowskiego nie można zmusić do większego rozwoju niż ten, jakiego jest w stanie dokonać lub jakiego sobie życzy, a ten, który rozwijać się nie chce, nie może przeszkodzić w tym innym. W przeciwnym razie owa grawitacja będzie działać poza traktatami.

Ostatnim krokiem integracji będzie federacja europejska. Dojście do tego celu – czy to będzie tylko środek ciężkości, czy większość członków Unii – nie nastąpi automatycznie. Ściślejsza współpraca będzie na początku oznaczać przede wszystkim mocniejsze współdziałanie międzyrządowe; wymuszą ją fakty i znane słabości metody Monneta. Natomiast przejście do traktatu konstytucyjnego – integracji pełnej – będzie wymagało świadomego politycznego ufundowania Europy na nowo.

Oto moja osobista wizja przyszłości – od intensywniejszej współpracy ku europejskiemu traktatowi konstytucyjnemu i ukończeniu wielkiej idei Roberta Schumana, idei federacji europejskiej. Tą drogą moglibyśmy pójść!

Skomentuj

Zdjęcia, grafiki i teksty (CC BY-SA 3.0 PL) Zielone Info 2013, lub zostały wykorzystane za zgodą.