Dlaczego, twoim zdaniem, USA najechały na Irak?

To są oczywiście spekulacje, a ludzie tworzący politykę mogą mieć różne motywy. Jednakże możemy mieć głębokie przekonanie na temat odpowiedzi udzielanych przez Busha, Powella i innych; nie można brać ich na poważnie. Zadali sobie wiele trudu, byśmy to zrozumieli – poprzez stałą dawkę sprzeczności w ich wypowiedziach przez cały czas od września ubiegłego roku, kiedy to zaczęły grać werble wojenne. Jednego dnia „jedyną kwestią” jest to, czy Irak się rozbroi. Dzisiejsza wersja (12 kwietnia) to: „Mamy dużą pewność, że oni mają broń masowego rażenia — o to chodziło i chodzi w tej wojnie”. Był to pretekst w trakcie całej farsy z rozbrojeniem za pomocą ONZ, chociaż nigdy nie było łatwo traktować takich słów poważnie. UNMOVIC (komisja ONZ ds. monitoringu, weryfikacji i inspekcji – przyp. tłum.) dobrze pracowała, prawie rozbroiła Irak i mogłaby kontynuować pracę, jeśli to byłby cel. Nie ma sensu o tym dyskutować, ponieważ już w dzień po tym, jak uroczyście ogłosili, że to jest „jedyna kwestia”, powiedzieli, że to wcale nie był cel – nawet jeśli w Iraku byłby tylko scyzoryk i tak USA zaatakowałyby, ponieważ zależy im na „zmianie reżimu”. Następnego dnia usłyszeliśmy jednak, że też nie o to chodziło. Na spotkaniu na Azorach, gdzie Bush i Blair ogłosili ultimatum, postawili sprawę jasno: najadą na Irak, nawet jeśli Saddam i jego gang opuściłby kraj. A zatem „zmiana reżimu” nie wystarczała. Następnie usłyszeliśmy, że celem jest „demokracja” na świecie. Preteksty były bardzo różne w zależności od odbiorców i okoliczności, co sprawia, że żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie może traktować ich poważnie.

Jedyną rzeczą, która się nie zmieniała, było to, że USA muszą w końcu przejąć kontrolę nad Irakiem. Saddam Husajn miał prawo brutalnie stłumić powstanie w 1991 roku, które mogło go obalić, ponieważ – zdaniem Waszyngtonu – „najlepsza byłaby iracka junta rządząca Irakiem żelazną ręką, ale bez Saddama Husejna”, która rządziłaby krajem żelazną ręką tak, jak to robił Saddam przy poparciu i za zgodą USA (główny korespondent dyplomatyczny New York Timesa Thomas Friedman). Powstanie pozostawiłoby kraj w rękach Irakijczyków, którzy mogliby nie podlegać wystarczająco Waszyngtonowi. Mordercze sankcje w następnych latach wyniszczyły społeczeństwo, wzmocniły tyrana i sprawiły, że aby przetrwać, ludność musiała polegać na jego (efektywnym) systemie dystrybucji podstawowych dóbr. Sankcje gospodarcze uniemożliwiły przeprowadzenie przewrotu na wzór obalenia wielu innych potworów do końca popieranych przez obecną administrację waszyngtońską: Marcosa, Duvaliera, Ceausescu, Mobutu, Suharto i wielu innych, wśród których byli tacy, których tyraństwo i barbarzyństwo można porównać z Saddamem. Jeśli nie byłoby sankcji, Sadam odszedłby prawdopodobnie w ten sam sposób – jak twierdzą jedni z najlepszych zachodnich znawców Iraku, Dennis Halliday i Hans van Sponeck (chociaż trzeba wybrać się do Kanady, Anglii lub do innego kraju, żeby przeczytać ich dzieła). Jednakże obalenie reżimu z wewnątrz Iraku również nie było do zaakceptowania, ponieważ zostawiłoby władzę Irakijczykom. Spotkanie na Azorach tylko powtórzyło to stanowisko.

Pytanie o to, kto będzie rządził Irakiem pozostaje głównym punktem sporu. Popierana przez USA opozycja żąda, aby ONZ pełniło ważną rolę w powojennym Iraku i odrzuca możliwość kontroli USA nad odbudową lub tworzeniem rządu (Leith Kubba, jedna ze świeckich postaci najbardziej poważanych na Zachodzie, powiązany z National Endownment of Democracy). Jedna z głównych osobistości szyickich, Sayed Muhamed Baqer al-Hakim, który przewodniczy Najwyższej Radzie na rzecz Islamskiej Rewolucji w Iraku (SCIRI), właśnie poinformował prasę, że „uważa, że w tej wojnie chodzi o narzucenie Irakowi hegemonii USA” i postrzega USA jako „bardziej siłę okupacyjną niż wyzwalającą”. Stwierdził on, że ONZ musi nadzorować wybory i wezwał „obce wojska do wycofania się z Iraku” i pozostawienia władzy Irakijczykom.

Ludzie tworzący politykę w USA mają zdecydowanie inną koncepcję. Muszą wprowadzić w Iraku reżim kliencki na wzór innych państw w regionie i – co bardziej widoczne – w regionach, które są pod dominacją USA od stuleci: w Ameryce Środkowej i na Karaibach. To też można łatwo zrozumieć. Brent Scowcroft, doradca Busha ds. bezpieczeństwa narodowego, właśnie powtórzył to, co jest całkiem oczywiste: „Co stanie się, gdy w pierwszych wyborach w Iraku wygrają ugrupowania radykalne? Co byście zrobili? My na pewno nie pozwolimy im przejąć władzy”.

To samo dzieje się w całym regionie. Ostatnie badania wykazują, że od Maroka przez Liban do Zatoki, około 95 procent ludności chce większej roli przywódców islamskich w rządach, a ten sam procent społeczeństw uważa, że jedynym interesem USA w regionie jest kontrolowanie ropy i wzmacnianie Izraela. Sprzeciw wobec Waszyngtonu osiągnął niebywałe rozmiary, a pogląd, że USA wprowadzą radykalną zmianę w swojej polityce i będą tolerowały prawdziwie demokratyczne wybory i że będą szanowały ich wyniki, wydaje się co najmniej dziwaczny.

Przechodząc do zasadniczej kwestii, jednym z powodów inwazji jest oczywiście uzyskanie kontroli nad drugimi co do wielkości rezerwami ropy naftowej, co ustawi USA w jeszcze mocniejszej pozycji, zapewni globalną dominację i ustali „ucisk wobec światowej gospodarki”, jak określił długoterminowy cel USA Michael Klare, który uważa to za podstawowy motyw dla wojny. A jak wytłumaczyć czas ataku? Dlaczego teraz?

Werble wojenne zaczęły grać we wrześniu 2002 roku, a propaganda mediów rządowych osiągnęła spektakularny sukces. Bardzo szybko większość ludzi zaczęła wierzyć, że Irak stanowił bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa USA, a nawet, że był zamieszany w wydarzenia z 11 września (wzrost z 3 procent bezpośrednio po 11 września) i planuje kolejne ataki. Nie dziwi, że takie poglądy są związane z poparciem dla wojny. Są one jednak charakterystyczne tylko dla USA. Nawet w Kuwejcie i Iranie, krajach, które były najechane przez Saddama Husejna, nie obawiano się go, chociaż nim gardzono. Kraje te wiedzą dobrze, że Irak był najsłabszym państwem w regionie i od lat próbowały zintegrować Irak z systemem panującym wokół, nawet wbrew sprzeciwowi USA. Jednakże bardzo skuteczny atak propagandowy przeprowadzony na społeczeństwie amerykańskim oddalił je daleko od poglądów panujących na świecie – co jest osiągnięciem godnym uwagi.

Wrześniowy atak propagandowy zbiegł się z dwoma innymi ważnymi wydarzeniami. Pierwszym było otwarcie kampanii wyborczej. Karl Rove, koordynator kampanii administracji Busha, zauważył, że Republikanie muszą „dotrzeć do narodu” za pomocą sprawy bezpieczeństwa narodowego, ponieważ wyborcy „wierzą Partii Republikańskiej, że dobrze przeprowadzi (…) ochronę Ameryki”. Nie trzeba być geniuszem politycznym, aby zdawać sobie sprawę, że jeśli sprawy społeczne i gospodarcze zdominowałyby wybory, administracja Busha nie miałaby szans. W związku z tym, było konieczne spreparowanie wielkiego zagrożenia dla naszego istnienia, które potężny lider potrafi pokonać – jakimś cudem. W sprawie wyborów ta strategia ledwie zadziałała. Badania opinii publicznej wykazały, że wyborcy raczej utrzymywali swoje sympatie polityczne, lecz tłumili obawy dotyczące pracy, emerytur, zasiłków itd. na rzecz bezpieczeństwa. Coś podobnego będzie potrzebne na czas kampanii prezydenckiej. To wszystko pokazuje drugą naturę ludzi z aktualnej administracji. W większości są oni odzyskiem z rządów Reagana i Busha seniora, którzy wiedzą, że dzięki regularnemu wzniecaniu paniki mogli kierować krajem przez 12 lat, przeprowadzając zmiany w kraju, których nie chcieli obywatele. Libijczycy próbujący „usunąć nas ze świata” (Reagan), baza lotnicza na Grenadzie, z której Rosjanie mogli nas zbombardować, Nikaragua znajdująca się „w odległości dwóch dni jazdy samochodem z Harlingen w Teksasie”, wymachiwanie egzemplarzami Mein Kampf, gdy chcieli przejąć kontrolę w powietrzu, mówienie o czarnych kryminalistach, którzy chcą zgwałcić twoja siostrę (Willie Horton podczas kampanii prezydenckiej w 1988 roku), lub o hiszpańskojęzycznych handlarzach narkotyków, którzy są już bliscy zniszczenia nas itd.

Zachowanie władzy politycznej było bardzo ważną sprawą, gdy mała grupa społeczna reprezentowana przez administrację Busha chciała przeprowadzić swój reakcyjny program wewnętrzny wbrew społecznemu sprzeciwowi, albo nawet zinstytucjonalizować go, aby było trudno go wycofać bez całkowitego rozmontowania.

Coś innego stało się we wrześniu 2002 roku: administracja ogłosiła Strategię Bezpieczeństwa Narodowego, wywołując dreszcze na całym świecie, nawet wśród elity zajmującej się polityką zagraniczną. Strategia ta nie jest nowa, ale otwiera całkiem nowe pole manewru: po raz pierwszy w powojennym świecie potężne państwo ogłosiło głośno i jasno, że zamierza rządzić światem za pomocą siły, na zawsze, rozbijając wszystko, co może stanąć na drodze. Ta strategia jest często nazywana w prasie „wojną wyprzedzającą”. Jest to zdecydowanie nieodpowiednie, bo wojna wykracza daleko przed „wyprzedzanie”. Czasem więc nazywa się to bardziej właściwie „wojną prewencyjną” (lub ewentualnie „wojną zapobiegawczą” – przyp. tłum). Sam termin podkreśla istotę tej doktryny. Jednakże nie ma zagrożenia militarnego, nawet bardzo odległego, któremu trzeba by było „zapobiegać”. Można więc dowolnie preparować zagrożenia, które mogą polegać nawet na „buncie”. Ci, którzy interesują się historią, wiedzą, że w przeszłości często traktowano „udany bunt” jako usprawiedliwienie użycia siły.

Po ogłoszeniu doktryny trzeba podjąć działania, które będą świadczyły o tym, że jest ona traktowana poważnie, aby mogła stać się nową „normą w stosunkach międzynarodowych” – jak tłumaczą poważni komentatorzy. Tym, czego potrzeba, jest wojna mająca „przykładową jakość”, jak zauważył historyk spraw bliskowschodnich na Harwardzie, Roger Owen, analizując przyczyny ataku na Irak. Przykładowa akcja ma dać lekcję innym, albo…

Dlaczego Irak? Przykładowy obiekt musi spełniać kilka warunków. Musi być bezbronny i musi być ważny. Nie ma sensu demonstrować doktryny za pomocą inwazji na Burundi. Irak spełnia te dwa warunki idealnie. Jego istotność jest oczywista, tak samo jak słabość. Irak nie miał wielkiej siły militarnej i został rozbrojony po 1990 roku, podczas gdy większość jego społeczeństwa stanęła na krawędzi przetrwania. Wydatki wojskowe i potencjał gospodarczy były rzędu jednej trzeciej tych samych wskaźników w Kuwejcie (mającym 10 razy mniej ludności niż Irak), były wyraźnie niższe niż w innych państwach w regionie, szczególnie w porównaniu z Izraelem, który stał się teraz prawie przybrzeżną bazą wojskową USA. Atakujące siły miałyby nie tylko wyraźną przewagę wojskową, ale też dokładne informacje potrzebne do działań wojskowych pochodzące z obserwacji satelitarnych i patroli lotniczych mających miejsce od wielu lat, a ostatnio również informacje z lotów U-2, dla których pretekstem było rozbrajanie Iraku.

Irak jest zatem idealnym obiektem, aby przeprowadzić na nim „przykładową akcję” wdrażającą nową doktrynę globalnej władzy za pomocą siły. Doktryny traktowanej jako „norma w stosunkach międzynarodowych”. Wysoki urzędnik zaangażowany w formułowanie Strategii Bezpieczeństwa Narodowego poinformował prasę, iż ta publikacja „była sygnałem, że Irak będzie pierwszym sprawdzianem, ale nie ostatnim”.

Wszystkie te czynniki dawały dobry powód do wojny. Wyjaśniają one również, dlaczego ta wojna spotkała się z takim oporem na świecie (w tym w USA, jeśli wyłączymy czynnik strachu, wyjątkowy w USA). Sprzeciwiła się jej również znaczna część elit gospodarczych i politycznych – co jest czymś wyjątkowym. Jak słusznie obawiali się, wojownicza postawa może zagrozić ich interesom lub nawet przetrwaniu. Powszechnie wiadomo, że taka polityka prowadzi do tego, że inne kraje starają się o coś, co będzie odstraszało od ataku: broń masowego rażenia, poważne zagrożenie atakiem terrorystycznym, lub chociażby broń konwencjonalna, co stosuje Korea Północna, wycelowując artylerię w kierunku Seulu. Zniszczywszy pozostałości częściowo działającego porządku światowego, administracja Busha mówi światu, że nic się nie liczy poza siłą — chociaż inni raczej nie będą tego długo tolerować. Myślę tu również o ludziach w Ameryce, którzy mają najlepsze warunki do przeciwdziałania tym złowieszczym tendencjom. …”

Pełna treść wywiadu dostępna jest na stronach serwisu www.prawda.pl

Informacje