Cytowany przez nich podkarpacki baron SLD Martens ostrzega swoich kolegów partyjnych: „Zieloni 2004 mogą być istotną konkurencją dla SLD, bo na scenie politycznej jest sporo miejsca dla ludzi, którzy mają poglądy lewicowe, a nie podoba się im sposób uprawiania polityki przez obecną koalicję”. Wtóruje mu z właściwej sobie perspektywy feministka Kazimiera Szczuka: „Nasze zaangażowanie we własną partię to efekt rozczarowania koalicją SLD – UP, która niewiele zrobiła dla legalizacji aborcji oraz dla gejów i lesbijek”. Podobne cytaty można by mnożyć.

Przodem do tyłu

Ich liderzy pytani o to, po której stronie widzą miejsce dla siebie, chętnie odpowiadają cytatem z Joschki Fischera, wedle którego Zieloni nie są z lewej ani z prawej, ale „z przodu”. Z perspektywy lidera partii, która doczekała się udziału w rządzeniu Niemcami, takie ujęcie sprawy ma swój sens, ale nie zmienia to faktu, że Zieloni jednak sytuują się na szeroko rozumianej lewicy.

Zostawiając historykom dociekanie związków między tego typu formacjami współczesnymi a ich poprzednikami spod znaku „kontrkultury” czy „nowej lewicy”, dość zajrzeć do katalogu postulatów Zielonych 2004, by odkryć, że ich oczekiwania w sprawie prawa aborcyjnego i „neutralności światopoglądowej” państwa prawodawstwo PRL mogłoby w pełni zaspokoić. Choć – dodajmy uczciwie – PRL nie spełniłaby już ich postulatów odnośnie polityki wobec mniejszości narodowych, a także środowiska naturalnego. Jednak generalnie nie bardzo wiadomo, na czym polega „postępowość” i bycie „z przodu” Zielonych 2004. Tymczasem od politycznej awangardy można by oczekiwać większego wyczucia poważnych wyzwań aktualnych i przyszłych. Chyba że wolność aborcyjna ma być odpowiedzią na proces starzenia się polskiego społeczeństwa, a walka z programem budowy autostrad lekiem na cywilizacyjne i gospodarcze zapóźnienia polskiej prowincji czy problem bezrobocia.

Zielona alternatywa dla czerwonych?

Wybór momentu medialnego zaistnienia Zielonych 2004 kojarzony bywa z fatalnymi dla SLD wynikami sondaży, a zwłaszcza zamówionego przez „Rzeczpospolitą”, z którego wynikało, że SLD jest „mało lewicowy”. SLD miał dać odpór sondażom i Zielonym 2004, wyciągając z programowej „lodówki” hasła aborcji na życzenie i (także) homoseksualnych konkubinatów. Nieliczni politycy SLD zaczęli wieszczyć nadejście zielonej konkurencji dla zwykłej lewicy. Taki alarm wydaje się przesadny. Twardy elektorat SLD (a tylko taki mu niebawem zostanie) na „zielone” pokusy nie zareaguje, choćby dlatego, że jest mocno homofobiczny. Elektorat zaś „nabyty” partia ta albo już utraciła, albo straci z innych powodów niż ten, że zielone feministki przelicytują czerwone i Marka Dyducha w powarkiwaniu na ustawę aborcyjną i Kościół.

Jedynym realnym niebezpieczeństwem jest możliwość oparcia przedwyborczej kampanii Zielonych 2004 na postulacie „wycofania polskich i zagranicznych wojsk z ziemi irackiej”, czego ci zażądali zaraz po śmierci majora Kupczyka. Taka retoryka może zaszkodzić wprawdzie rządowi Millera, ale większym problemem niż dla SLD Zieloni 2004 mogą być dla Unii Pracy i Unii Wolności. To wśród zwolenników tych partii łatwiej znaleźć elektorat młody, inteligencki, a zarazem tyleż idealistyczny, co „wyluzowany”.

Partia z datą przydatności do spożycia

Nie jest wykluczone, że z pomocą takiego elektoratu, a przy niskiej frekwencji wyborczej Zieloni 2004 wprowadzą swoich liderów do Parlamentu Europejskiego. Dla powodzenia takiej akcji nie trzeba być pełnokrwistą partią. Wystarczy skutecznie istnieć w medialnym „matriksie”, a to Zielonym 2004 przychodzi łatwo. Liderki feministki zapełniają rubryki prasy kobiecej, a i męska część kierownictwa może liczyć na zainteresowanie mediów. Taki stan może się utrzymać do czerwca przyszłego roku.

Wprawdzie Zieloni 2004 nie są pierwszą w Polsce formacją, która w swojej nazwie zawiera także „datę przydatności do spożycia” przez wyborców (Blok Senat 2001 był prekursorem), ale za to jest pierwszą, o której można powiedzieć, że jest nie tyle proeuropejska, ile po prostu europejska. Politycznym środowiskiem naturalnym Zielonych 2004 bardziej niż polski Sejm byłby Parlament Europejski i nieźle zadomowiona tam frakcja zielonej międzynarodówki. W polskiej rzeczywistości politycznej i kulturowej mogą czuć się nieswojo.

Differentia Specifica Germanica

Choć w opinii współprzewodniczącego Zielonych 2004 Jacka Bożka ich współpraca z Zielonymi w Parlamencie Europejskim już „układa się świetnie”, to najlepiej z Zielonymi niemieckimi. Jak ustalili cytowani wcześniej autorzy „Newsweeka”, bezpośrednim protoplastą Zielonych 2004 była Grupa Referendalna Zieloni agitująca za przyjęciem przez Polaków traktatu akcesyjnego, a wspierana przez fundację „będącą zapleczem finansowo-eksperckich niemieckich Zielonych”. Liderzy Zielonych 2004 zaprzeczają, jakoby korzystali obecnie z takiego wsparcia w sensie finansowym, nie da się za to zaprzeczyć, że wspólnota poglądów łącząca obydwa „zielone” brzegi Odry ma charakter szczególny.

W afirmacji projektu europejskiej konstytucji w wersji Konwentu Zieloni 2004 posunęli się nawet do publicznego oświadczenia, że „nie chcą umierać za Niceę” (parafrazując zresztą – świadomie lub nie – hasło przedwojennych pacyfistów). Także atakowanie rządu za wysłanie polskiego kontyngentu wojskowego do Iraku w kontekście polityki zagranicznej RFN prowadzonej przez Fischera zyskuje dodatkowy wymiar. O ile sam pacyfizm o antyamerykańskim obliczu podziela większość zachodnich krewniaków Zielonych 2004, o tyle radykalny federalizm już niekoniecznie. A Zieloni 2004 sprzyjają takiemu „pogłębianiu” Unii Europejskiej, które będzie redukować zakres suwerenności państw członkowskich, a zarazem wzmacniać pozycję najsilniejszych graczy. W Europie kontynentalnej silniejszych od Niemiec i Francji nie będzie.

Zielona polityka apolityczna

Dystansowanie się Zielonych 2004 od zastanych podziałów na polskiej scenie politycznej nie czyni ich oryginalnymi. Projekty wyborcze pasożytujące na kiepskiej reputacji zwykłych partii w oczach Polaków nowością u nas nie są. „Spoza układu” na scenę polityczną wtargnęła już dawno Samoobrona. Na zgliszczach AWS Platforma Obywatelska zaczynała swój żywot jako rodzaj antypartii i dopiero z czasem zaakceptowała swoją prawdziwą, a nie marketingową naturę. Ale ucieczka do przodu trwa. Jolanta Kwaśniewska ma cieszyć się tak wielką przewagą w sondażu prezydenckim, ponieważ jest „apolityczna”. „Lista obywatelska” do Parlamentu Europejskiego pod patronatem samego prezydenta nadal kusi działaczy „Ordynackiej”, by nie startowali do Strasburga z list SLD, do których większości z nich jednak bliżej.

Zieloni 2004 ze swoją polityczną „naiwnością”, którą się chwalą, ruszają szlakiem mocno wydeptanym i zatłoczonym. Prowadzi on polską demokrację w kierunku „polityki apolitycznej”, czyli najbardziej oszukańczej z możliwych. Czy dla tego trendu istnieje jakaś rozsądna alternatywa? Owszem. Jest nią wymuszanie przez wyborców i media na zwykłych i z natury politycznych partiach większej dozy uczciwości, kompetencji i powagi. Wąska i trudna to ścieżka, ale lepszej dla polskiej demokracji nie ma.

Autor jest dziennikarzem radiowym i niezależnym publicystą; mieszka w Krakowie

Źródło:http://www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_031119/publicystyka/publicystyka_a_7.html

Informacje