GŁĘBOKA DEMOKRACJA?

Niewątpliwie należę do mniejszości światopoglądowej. Mniejszości, która nie znajdzie wśród obecnych potentatów na polskiej scenie politycznej żadnej opcji zdolnej reprezentować moje interesy. Jako członek partii Zieloni 2004, jako zatroskany obywatel i jako zwolennik demokracji poczułem się więc zmuszony do wzięcia udziału w dyskusji na temat proponowanej przez Platformę Obywatelską zmiany ordynacji wyborczej.

Demokracja stała się w większości społeczeństw zachodnich, w tym także w Polsce niebezpiecznym pustosłowiem. Jak postrzegać demokrację? Jak określać jej jakość? Dla polityków z Platformy Obywatelskiej odpowiedź jest jasna: Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Dla większości obywateli jest jasne, że coś w naszym systemie politycznym nie gra. Bliżej nie mogąc uchwycić źródła polskiej zapaści na scenie politycznej chwytają się prostych rozwiązań. Dla wielu jest to jedyna słuszna droga postępowania. Jednak głębokie zrozumienie mechanizmów zasad rządzących ordynacją większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi oraz analiza porównawcza z innymi ordynacjami spowodowały, że całkiem świadomie popadłem w polityczną histerię.

Pierwszym zasadniczym problemem, który należy rozwikłać to ustalenie czym właściwie jest demokracja. W moim rozumieniu w kraju demokratycznym istnieje płaszczyzna dla rozwoju ugrupowań o umiarkowanym lub małym poparciu społecznym. Tym samym „tam gdzie rządzi większość” mniejszości muszą mieć możliwość równoprawnego wyrażania swoich opinii. Jednakże w wyniku obrania większościowego systemu wyborczego można tych drugich skutecznie odciąć od dostępu do efektywnego głosu. Równo rozłożone poparcie społeczne w skali kraju dla danej opcji politycznej byłoby nieistotne z punktu widzenia rezultatów wyborczych, prowadząc do powstania selektywnej demokracji. W wyniku niesprawiedliwości wpisanych w rozwiązanie z jednomandatowymi okręgami poparcie „rozmyte” w społeczeństwie nie ma mocy przebicia. Zgodnie z dewizą „zwycięzca bierze wszystko” ignorowane jest to poparcie udzielone innym, politycznie „niesłusznym” opcjom. Dokonując małej manipulacji: jeśli całość wyborców danego ugrupowania lub kandydata zamieszkała w celach wyborczych w jednym obszarze na terenie kraju, wtedy swoją masą zdobędzie zasłużony mandat. Natomiast te potencjalne głosy rozrzucone po terenie całego kraju stają się nieważne.

Mając przed sobą taką ordynację, czułbym się zmuszony do podjęcia poważnej decyzji – marnować swój czas i swój głos przy każdych wyborach w celu zagłosowania na partię, która nie ma nawet cienia szans zaistnienia (według badań socjologicznych wyborcy Zielonych to max 15% społeczeństw zachodnich) czy podjąć smutną w konsekwencjach decyzję o rezygnacji ze swojego czynnego prawa wyborczego. Inni liczni – w polskich warunkach jest to nawet 30-40% aktywnych wyborczo – zdecydują się jeszcze na trzecią opcję: szanując swój obywatelski obowiązek postanowią oddać głos na „mniejsze zło”. Przyczynia się to do manipulacji rzeczywistymi poglądami politycznymi obywateli oraz z czasem prowadzi do wykrzywienia ich preferencji wyborczych. Na dużo mniejszą skalę mechanizm ten występuje w systemie proporcjonalnym z progiem wyborczym, który zniechęca wyborców od wspierania partii pogranicza (jak w przypadku Unii Wolności ) i do przerzucenia swojego negatywnego poparcia na inne ugrupowanie (np. na PO przeciwko Samoobronie). W przypadku jednomandatowego systemu manipulacja jest niemal totalna. Świadczy o tym chociażby przykład Zielonych w Anglii. W trakcie większościowych wyborów do Izby Gmin ugrupowanie ma marginalne poparcie (poniżej 1% skumulowanej liczby głosów). Jednak przy proporcjonalnym systemie wyborczym do Parlamentu Europejskiego w zależności od okręgu Zieloni uzyskują od 5% do ponad 8% głosów.

Należy podkreślić fakt, że wśród wszystkich obecnie stosowanych systemów wyborczych ordynacja z jednomandatowymi okręgami wyborczymi prowadzi do najmniejszej reprezentatywności parlamentu. Praktyka zachodnia wskazuje, że tzw. większość w ordynacji jednomandatowej nie jest większością wyborczą (>50%), gdyż zdobycie mandatu wymaga często poparcia przez jedynie 30-40% głosujących (doświadczenia angielskie) i jedynie 15-20% uprawnionych do głosowania. Pozostałe 60-70% głosów jest w gruncie rzeczy nieważnych, zbędnych. Posłowie nie posiadają więc pełnego mandatu społecznego w swoim okręgu. Progi wyborcze przyczyniają się do podobnej nieważności głosów i do „rozdzielenia” poparcia wśród partii, które określony ustawowo próg przekroczą. Jest to niewątpliwa słabość tego rozwiązania, ale poza przykładem z 1993 skala wynaturzeń wyników wyborczych jest mniejsza niż w przypadku wyborów większościowych.

Tym większe jest więc moje zaskoczenie, gdy wiele osób promujących JOW określa taki system jako bardziej demokratyczny. Nawet z całością obwarowań oraz przy licznych jego słabościach (znanych i powszechnie dyskutowanych) system proporcjonalny daje wyniki bardziej reprezentatywne dla poglądów społeczeństwa. Najbardziej demokratyczny (a także najbardziej nierealny) jest system wyborczy z listami krajowymi jak w Holandii (wszyscy obywatele głosują na jedną krajową listę, gdzie są wszyscy kandydaci – w wypadku Polski lista miałaby około 4000 nazwisk), więc jakim sposobem drugą skrajność w postaci jednomandatowych okręgów można uznać za system bardziej demokratyczny niż model proporcjonalny, próbujący imitować wyniki, jakie powstałyby na bazie systemu z jednym okręgiem?

O sceptycyzmie Amerykanów wobec własnego systemu świadczy rosnąca popularność ruchu społecznego walczącego o wprowadzenie proporcjonalnej ordynacji na wszystkich szczeblach władzy w kraju. Jedna z czołowych organizacji walcząca o odejście od jednomandatowych okręgów wyborczych – Center for Voting and Democracy – wskazuje na niepokojące tendencje do monopolizacji władzy. Powszechna staje się w Stanach Zjednoczonych praktyka „odpuszczania” sobie wyborów przez zarówno Demokratów jak i Republikanów w niektórych regionach. Jedno z ugrupowań nie wystawia kandydata w okręgu, tym samym przyczyniając się do zanegowania sensu wyborów demokratycznych w „dwublokowym” układzie partyjnym. W ten sposób zadecydowano o podziale 80 (lub jak kto woli 18%) mandatów w obecnej Izbie Reprezentantów. Zdarza się, że w danym stanie 100% kongresmenów wywodzi się z jednej opcji politycznej, a przecież niewyobrażalne jest, aby wszyscy jego mieszkańcy byli „republikanami” czy też „demokratami”. Poza tym wykazuje się, że „dwublokowy” system władzy powiększył poczucie niemocy wśród obywateli kraju, przez co frekwencja wyborcza należy do najniższych w krajach OECD – w 2000 roku zaledwie 46,6% osób uprawnionych poszło na wybory.

Z wypowiedzi osób forsujących system większościowy wynika, że dla nich najważniejszym celem wyborów jest stworzenie efektywnych rządów. Posiłkując się taką logiką równie dobrze można przystać na rządy autorytarne jak w Singapurze czy swego czasu w Korei Południowej i na Tajwanie. Skuteczne, choć mające niewiele wspólnego z wolnym wyborem. W poszukiwaniu alternatyw dla naszej obecnej ordynacji wyborczej nie można iść na kompromisy z demokracją. Władza ludu musi być przez system wyborczy wspierana, a nie osłabiana, a tym niewątpliwie jest próba „oczyszczenia” sejmu z partii o umiarkowanym poparciu społecznym (cieszących się często nawet 20% poparciem). Demokracja powinna być inkluzywna a przecież jednomandatowy system wyborczy prowadzi do wykluczenia mniejszości z procesów decyzyjnych w państwie i wręcz do ignorowania ich poglądów.

Ponadto wcale nie jest powiedziane, że taka zmiana ordynacji poprawi jakość rządów. W krajach afrykańskich imitowanie systemu angielskiego doprowadziło do powstania osobliwości w postaci demokracji monopartyjnej – przykładem są „skuteczne” rządy Mugabe w Zimbabwe. Nawet w Europie istnieją przykłady Białorusi czy Rosji. Zachodzi pytanie czy dominacja jednej partii w polskim parlamencie może spowodować podobny upadek demokracji jak w Afryce czy u naszych wschodnich sąsiadów? Tworzenie w Polsce na siłę systemu „dwublokowego” może obrócić się przeciwko grupie „najlepszych ludzi” już podczas kolejnych wyborów, kiedy przy ewentualnym dalszym niezadowoleniu społecznym akceptacja dla Samoobrony mogłaby jeszcze podskoczyć i wtedy wszyscy będziemy wtedy jechać na wozie pana Leppera. Z drugiej strony tendencja do głosowania na „nie” zostałaby wzmocniona poprzez mobilizację sił „antylepperowskich” i duża część głosów zostałaby prawdopodobnie przerzucona na Platformę Obywatelską. W rezultacie istnieje niebezpieczeństwo, że niemrawa światopoglądowo partia o bliżej nieokreślonej zdolności do zarządzenia państwem uzyskałaby ponad 2/3 miejsc parlamentarnych (przy obecnym rozłożeniu poparcia wystarczy 30-35% skumulowanych głosów, żeby uzyskać taki wynik wyborczy) i zdominowałaby polską scenę na kolejne cztery lata. Czy biorąc pod uwagę sprzeciw lub wymowne milczenie większości członków Platformy Obywatelskiej wobec Dni Kultury dla Tolerancji w Krakowie, zamiar ograniczenia wolności obywatelskich w ramach niekończącej się „wojny z terroryzmem”, podejrzanej moralności „korupcyjnej” niektórych jej członków oraz tendencje do populistycznych haseł można ryzykować powierzenie im władzy prawie absolutnej w ramach eksperymentu wyborczego?

W nowej ordynacji mniejsze ugrupowania zmuszone byłyby do wchodzenia w niewygodne sojusze w celu przeżycia. W rzeczywistości polskiej byłby to ostateczny gwóźdź do trumny Unii Wolności, a także najprawdopodobniej PSL. Pierwsze ugrupowanie musiałoby na kolanach błagać o sojusz z PO, a PSL lawirując wtopiłaby się do Samoobrony wraz z całym swoim elektoratem. Tym samym jednomandatowy system wyborczy to ukłon w stronę PO i Samoobrony (czy ewentualnie LPR) i ugruntowanie ich pozycji na polskiej scenie politycznej „po wszystkie czasy”. Czym dotychczas zasłużyły się te partie, żeby ofiarować im nieśmiertelność polityczną?

Błędne jest przekonanie, że w wyniku jednomandatowych okręgów dochodzi do imiennego głosowania na kandydata i do odejścia od klucza partyjnego. Nic w doświadczeniach zachodnich nie wskazuje, żeby taka była reguła. Wręcz przeciwnie. Praktyka w USA czy we Wielkiej Brytanii sugeruje, że w systemie większościowym klucz partyjny jest wciąż ważniejszy niż kwalifikacje czy osobiste zasługi kandydata. Obywatele głosują wpierw na program wyborczy partii, jej światopogląd, prawdopodobieństwo sukcesu wyborczego i wizerunek społeczny, a dopiero na końcu skupiają uwagę na „oferowanych” kandydatach. Dla ugrupowań o umiarkowanym poparciu społecznym oznacza to, że w najlepszym wypadku jedynie wybitni kandydaci mają szanse na przebicie się i zdobycie mandatu (sytuacja Liberalnych Demokratów w Wielkiej Brytanii). W najgorszym razie nie mają jakiejkolwiek realnej szansy na zaistnienie (sytuacja Libertarian i Zielonych w USA czy Partii Niepodległości i Zielonych w Anglii). Co więcej partie, które zdominowały scenę polityczną w danym kraju, dokonują często nieoficjalnego podziału mandatów w okresie przedwyborczym. Liderzy ugrupowań unikają więc bezpośrednich starć i czasami wręcz odpuszczają sobie dane okręgi wyborcze (wspominany przykład USA).

Na pewno system ten pozwala na większą identyfikowalność kandydatów, ale nie oszukujmy się – ostatecznym celem wprowadzenia systemu jednomandatowego jest stworzenie warunków dla zdominowania sceny politycznej przez minimalną ilość światopoglądów, wprowadzenie modelu władzy „przywolenia bez zgody” (consent without consent – rząd jest autorytatywnym twórcą prawa, rządzi niepodzielnie) oraz wykluczenie mniejszości z procesów decyzyjnych w państwie. Zamyka się tym samym możliwość efektywnego wchodzenia na scenę polityczną nowych myśli, nowych racji i przyczynia się do pewnej stagnacji poglądów. A chyba nie na tym ma polegać demokracja. Najgorsze, że naturalna tendencja ordynacji większościowej do tworzenia „dwublokowego” systemu partyjnego powoduje, że od jednomandatowych okręgów wyborczych nie ma już odwrotu. Nie ulega bowiem wątpliwości, że partie, które zdominują polski parlament nie będą skłonne zmienić systemu wyborczego na mniej korzystny dla swoich interesów politycznych.

Ponadto warto zauważyć jak wirtualna staje się demokracja w systemie większościowym, jeśli nie istnieje jakaś forma prawyborów w partiach. Skoro kandydaci na posłów byliby wybierani przez władze danego ugrupowania w sposób autorytarny, to jaka jest rzeczywista jakość takiej demokracji? Szerokie rzesze obywateli głosujących w gruncie rzeczy za pomocą klucza partyjnego powinny mieć wpływ na wybór kandydatów w prawyborach, jeśli już chcemy rozmawiać na temat wprowadzenia jednomandatowych okręgów. Tymczasem Platforma Obywatelska wraz z rozpoczęciem kampanii 4xTAK nie omieszkała wspomnieć o rezygnacji z organizowania prawyborów partyjnych.

Nie zaprzeczam, że system większościowy przynosi kilka korzyści w wyborach – powoduje większą identyfikowalność kandydatów oraz zapewnia względną przejrzystość wyników. Jednomandatowe okręgi wyborcze są jednak też mocno niedoskonałe z powodu tendencji do wykluczania mniejszości z procesów decyzyjnych oraz przez słabe odzwierciedlenie rzeczywistych preferencji wyborczych obywateli. Tymczasem spektrum dostępnych modeli wyborczych jest dużo szersze, a bogactwo rozwiązań na świecie powinno stanowić bazę informacyjną dla Polski. Największą sympatią darzę referendalny i zdecentralizowany system szwajcarski, najbliższy ideałowi demokracji, ale niestety nie ma on szans na prawidłowe funkcjonowanie w naszym kraju z powodu niedorozwoju społeczeństwa obywatelskiego i nadmiernej centralizacji wladzy.

Dla mnie punktem wyjścia do dalszej dyskusji jest relatywnie mało znany mieszany system wyborczy (ale o rosnącej popularności) Nowej Zelandii czy Niemiec. Każdy obywatel ma dwa głosy – jeden oddawany na okręgowe listy partyjne i drugi na konkretnego kandydata wybieranego w jednomandatowych okręgach wyborczych (w liczebności około 2/5 miejsc w parlamencie). Aby wprowadzić swoich posłów do parlamentu ugrupowanie musi przekroczyć próg wyborczy w głosowaniu partyjnym lub jego reprezentanci muszą wygrać wybory przynajmniej w jednym okręgu jednomandatowym. Po spełnieniu jednego z tych dwóch warunków dana partia uczestniczy w proporcjonalnym podziale głosów. Najpierw wszyscy zwycięzcy w wyborach większościowych automatycznie uzyskują miejsce w parlamencie. Następnie za pomocą wyników z głosowania partyjnego dokonuje się proporcjonalnego podziału CAŁEJ izby parlamentu, aby każda partia miała reprezentację odzwierciedlającą jej poparcie społeczne. Ponadto istnieją ciekawe rozwiązanie mające na celu zapewnienie reprezentacji parlamentarnej dla mniejszości etnicznych (w wypadku Nowej Zelandii chodzi o Maorysów, w Polsce dotyczyłoby to prawdopodobnie mniejszości niemieckich, cygańskich i białoruskich) dające im automatyczne prawo do kilku mandatów poselskich na bazie oddzielnych wyborów „mniejszościowych”.

Taki system zapewnia mocną identyfikowalność kandydatów i wzmocniłby mandat społeczny posłów, oferowałby bardziej reprezentatywny w skali kraju skład parlamentu, niż w wariancie jednomandatowym oraz nie prowadziłby do wykluczania pewnych grup (światopoglądowych czy etnicznych) z procesu demokratycznego. Przy tym systemie mniejszości niemieckie czy białoruskie, a także ugrupowania o równo rozrzuconym poparciu w kraju miałyby większe szanse zdobyć zasłużony polityczny byt w parlamencie. Taki model powinien spowodować powstanie systemu parlamentarnego z dwoma-trzema głównymi ugrupowaniami oraz z pewną ograniczoną liczbą mniejszych ugrupowań o regionalnym czy lokalnym znaczeniu. W dodatku podwójny głos obywatela pozwoliłby z jednej strony wskazać na konkretnych ludzi, a z drugiej strony daje możliwość wyrażenia swoich poglądów stricte politycznych poprzez oddanie głosu na partię i jej program. Doświadczenia Nowej Zelandii pokazują, że „zwycięzcy” z okręgów jednomandatowych otrzymują wzmocnioną legitymizację we własnym ugrupowaniu, przez co stają się naturalnymi przywódcami parlamentarnymi mogącymi skutecznie „zarządzać” pozostałą częścią „głosów” partyjnych. System ten jest o tyle łatwiejszy do wprowadzenia w Polsce, że nie stoi w sprzeczności z Konstytucją RP (choć ma on elementy ordynacji większościowej jest jednak w 100% proporcjonalny).

Martwi mnie „rozpęd” Platformy oraz niemoc pozostałych partii w poszukiwaniu i proponowaniu alternatyw. Należy odszukać i nagłośnić inne drogi, nie opierających się ani na systemie z jednomandatowymi okręgami ani na polskim systemie proporcjonalnym. I je także oddać pod społeczną debatę (jak chociażby mieszany system proporcjonalny). Ordynacja wyborcza kształtuje wyniki i strukturę władz w kraju, więc zanim przeprowadzi się w tej sprawie referendum należy uświadomić obywateli jak szeroki jest zakres możliwych rozwiązań. Jest bezsprzeczne, że ordynacja wyborcza kształtuje rodzaj funkcjonującej demokracji. W kwestii tak ważnej dla przyszłego kształtu państwa polskiego jak ordynacja wyborcza należy postępować rozważnie, bez pośpiechu. Choć debata na temat ordynacji wyborczej od lat toczy się na łamach prasy wciąż jest zbyt mocno ograniczona do dwóch systemów wyborczych, tymczasem wciąż nie podjęto się trudu poszukania optymalnej „trzeciej drogi”.

Kształtowanie polskiej demokracji musi zacząć się od promowania idei demokracji.

Przemysław Stępień (Zieloni 2004)

Informacje