Wykluczenie człowieka przez innego człowieka za inność w łóżku takiż ma sens jak wykluczenie jednej wrony przez stado wron, bo ta jedna ma trochę bielsze pióra.

Po opublikowaniu artykułu o projekcie Stowarzyszenia Kampania Przeciw Homofobii, które zamierzało dwa miesiące temu w kilku polskich miastach wywiesić billboardy przedstawiające pary lesbijek i gejów pod hasłem „Niech nas zobaczą”, redakcja „Polityki” otrzymała wiele listów. Nie mamy nic przeciw nim, pisano. Nie trzeba ich bić, prześladować, bo działania takie są niegodne demokratycznego państwa. Nie należy ich leczyć, bo podobno jest to bezcelowe. Niech sobie spokojnie żyją. Ale czy redakcja mogłaby w trosce o pozostałych obywateli zainicjować starania, aby oni żyli oddzielnie?

Nietolerancja wobec homoseksualistów i lesbijek w Polsce przybrała nową twarz. Prześladowania z czynną napaścią uznaje się już za niestosowne i zdarzają się one znacznie rzadziej niż niegdyś. Za niestosowne uznaje się również inwigilację policyjną, która miała miejsce w PRL. Więc niech oni sobie już będą tacy jacy są, zgoda. Lecz niech to wszystko się dzieje w ramach getta. Niech gej schowa swoje gejostwo jak brzydki liszaj.

Na to przeistoczenie się u nas nietolerancji w wykluczenie miał wpływ niewątpliwie Kościół, który – jak twierdzi duchowieństwo – nic przeciw gejom nie ma i gotów im służyć posługą. Lecz pod warunkiem, że całkowicie powstrzymają się od seksu, jeśli już nie potrafią go mieć normalnie z kobietą.

Niechęć wobec fotografii wiszących na ulicach brała się, jak sądzę, z oburzenia na ich odwagę: mają oto czelność afiszować się ze swą innością w łóżku, podszywając się pod nas – w łóżku zwyczajnych. Bo na billboardach niczym się od reszty obywateli nie różnią. Mili młodzi ludzie.

Ale tym samym rzuciliśmy ich na żer – przyznał Robert Bizoń, działacz Kampanii Przeciw Homofobii. Wiedzieli, że spotka ich ostracyzm i niechęć ze strony wielu ludzi znanych i nieznanych. Ponieśli koszty większe niż przewidywali. Chcieli nadkruszyć tabu. Czy było warto?

Homoseksualizm w pewnych kręgach młodych ludzi z miast staje się modny. Fajnie jest pochwalić się, że ma się takiego znajomego, a nawet przyjaciela lub zna się prawdziwą lesbijkę. Fajnie pójść do ich dobrze strzeżonego przed menelstwem klubu i potańczyć – egzotyczny, ekscytujący kontakt. I żaden już ciemny wstyd, to jest nie po europejsku.

I zapewne stopniowo kochający zwyczajnie przestaną się bać kochających inaczej nie bardziej niż teraz np. sadomasochistów. Czy jest powód, aby sado- i maso- wieszać na billboardach za to, że przy seksie łoją się pejczem po tyłkach? Ich sprawa. Na co dzień nie gryzą.

BARBARA PIETKIEWICZ

Polityka, Nr 25/2003 (2406)

Informacje