Media

Niejednokrotnie media starały się pokazać wizerunek feministki jako kobiety, która kosztem rodziny (tak bardzo ważnej jednostki w Polsce) dąży do samorealizacji w sferze pasji czy biznesu. Silne kobiety miały przywdziewać męskie ubrania i zachowywać się jak mężczyźni. Niektórzy nadal się śmieją, że feministki nie golą nóg i oczywiście są na pewno brzydkie oraz sfrustrowane, nie mogąc znaleźć życiowego partnera.

Na szczęście dzisiejsze media zmieniają ten wizerunek. Widzimy niejednokrotnie w TVN Sylwię Chutnik z Fundacji Mama czy Magdalenę Środę. Kongres Kobiet Polskich ma coraz więcej zwolenniczek, jak i zwolenników. Kobiety wchodzą do polityki, nie boją się walczyć o swoje, zarażają innych swoimi pasjami, czasem na równi z mężczyznami uprawiają sporty ekstremalne. To się udało – kobiety w mediach, a ściślej: feministki w mediach nie są już brzydkimi, zarośniętymi, wulgarnymi „babochłopami”, lecz kobietami z krwi i kości, zwyczajnymi, przechadzającymi się ulicami zwykłych wsi i miast. Każda kobieta, która postanawia sama decydować o własnym życiu, nie zdając się jedynie na tradycję i zdanie rodziny; każda, która wybiera własną drogę (niekoniecznie biznesową) w życiu, realizująca swoje zainteresowania i pasje, jest feministką.

Cudownym też wydaje się fakt pojawienia się w telewizji spotu reklamowego promującego równość kobiet i mężczyzn na rynku pracy, gdzie mężczyźnie zadaje się te same pytania, które kobieta musi wysłuchiwać na rozmowach kwalifikacyjnych, np. o posiadanie dzieci, związek, plany macierzyńskie itp. (film jest dostępny tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=lFcQocw3Z9g ).

Jest jednak druga strona medalu. Niestety do mediów nie zawsze dostają się feministki. Są również seksistki uważające się za feministki. A z nimi akurat minęły się chyba tylko na przejściu dla pieszych. Takie kobiety, poruszające podczas debat wyborczych ważne dla kobiet problemy, które zamierzają rozwiązywać, jeśli dostaną się do grona władz politycznych – na co dzień zajmują się jedynie własną karierą medialną i portfelami. Czasem jako hobby traktują ubliżanie mężczyznom albo innym kobietom, którze np. chcą wykorzystać wolny czas, spędzając go z własnymi dziećmi („Przecież one to robią tylko dlatego, że zmusza je do tego odwieczny patriarchalny porządek świata!”, mówią – przecież coś takiego jak miłość rodzicielska zwyczajnie chyba w ich świecie nie istnieje).

Jeśli takie jak one stają przed kamerami czy mikrofonami radiowymi, wcale nie dziwi mnie fakt, że ludzie myślą, iż feministki to seksistki, oszołomki i mają jedynie „parcie na szkło”. Takie kobiety obracając się w środowisku feministycznym przyjmują wiedzę, która jest im potrzebna do własnych, egoistycznych celów.

 

Szara rzeczywistość

Mamy np. panią X , która bardzo chce wygrać w wyborach politycznych. Co robi? Zaczyna głosić feministyczne hasła o równości lub obiecuje kobietom poprawę ich losu. Młodym matkom – zmianę architektury miast, aby łatwiej było im się przemieszczać z wózkiem. Kobietom, które dotknęła przemoc w domu – pomoc prawników, psychologów, urzędników. Kobieta X wygrywa wybory. A co się dzieje po wyborach? Pani X trąbi na prawo i lewo o tym, jak źle ją i jej koleżanki polityczki potraktowali panowie politycy. Zapomina natomiast o obietnicach wyborczych równie szybko, jak koledzy po fachu. Stygmatyzuje ich jednak jako tych złych i niedobrych. A kiedy przychodzi do pani X kobieta potrzebująca wsparcia, ponieważ uciekła z dzieckiem z domu przed mężem, który ich maltretował, ona odwraca się na pięcie i każe szukać pomocy gdzie indziej, ponieważ nie jest przecież instytucją charytatywną. Jest polityczką!

Na co dzień pani X jest kobietą, która widząc w towarzystwie mężczyznę, tak zabiega o jego względy, że jest to wręcz sytuacja groteskowa. Takich pań X na wielu spotkaniach przed wyborami było niestety bardzo wiele. Ogłaszając się feministkami wręcz machały rzęsami i walczyły między sobą o względy polityków płci przeciwnej. Przyglądając się z boku tym wszystkim przejawom „feminizmu” wcale nie dziwię się, że większość osób odbiera feministki tak, jak to opisałam wyżej.

 

Co zrobić?

Gdyby w końcu kobiety przestały się nawzajem chronić i mówiły wprost o tym, że panie X feministkami nie są, gdyby więcej o samym feminizmie mówiło się na forum publicznym, w mediach, ale w sposób bardziej dostępny, nie związany jedynie z sytuacjami politycznymi, może ludzie zrozumieliby, „z czym to się je” i potrafiliby odróżnić feministkę od seksistki czy innej aktorki udającej feminizm. Może wtedy kobiety, które są feministkami, a które obawiają się, że przylgnie do nich to „haniebne” miano, wcale by się tego nie bały? Czas na rozmowę i czas na pracę u podstaw, o której pisałam w poprzednim felietonie.

 

Feministka i władza

Muszę z przykrością stwierdzić, że część kobiet, które związały się z ruchem feministycznym przed wyborami samorządowymi, po wyborach okazało się być równie gołosłownymi, jak ich koledzy po fachu. Myśląc jedynie o własnych stołkach kompletnie zapominają (nie generalizuję, nie wszystkie) o tym, czym miały się zająć po wygranej, czyli o sprawach społecznymi, pomocy socjalnej. Głoszą wizje przyszłości politycznej innych kobiet, a zapominają o milionach zostawionych ze swoimi przyziemnymi, codziennymi sprawami, takimi jak brak żłobków, przedszkoli, pracy po urlopach macierzyńskich; przemoc, trudy bycia samodzielnymi matkami w Polsce. Zapominają, że aby dotrzymać swych obietnic, muszą zejść z piedestału swej sławy i wyjść do ludzi wsi i miast, zacząć słuchać, zacząć widzieć, a nie tylko rzucać okiem na ich życie i nie wmawiać im własnych racji, które nie zawsze są słuszne i jedyne prawdziwe. Niech pamiętają, że „Seksmisja” nie jest wyjściem – pomóc może jedynie nauczenie mężczyzn partnerstwa z kobietami, a kobiet ich własnej wartości, jednak bez wykluczenia ich z roli rodzinnej, bo przecież jednak nadal większość kobiet chce mieć dzieci, bynajmniej nie dlatego, że świat im każe taką rolę wybrać.

 

Na koniec słów kilka

Panie X – kobiety, które deklarowały chęć głębokiej ingerencji w sferę wychowania dzieci poprzez kulturę, nie zauważają, co się dzieje w przedszkolach czy na półkach księgarń. Wciąż słyszę o podziale na zabawy dla chłopców i zabawy dla dziewczynek. Na półkach pojawiają się książki „Najpiękniejsze opowiadania dla chłopców” i „Najpiękniejsze opowiadania dla dziewczynek”. A ja zapytam: gdzie są kobiety, które walczą o równość kobiet i mężczyzn? Jak dzieci, które uczą się, że co innego jest dobre dla dziewczynek, a co innego dla chłopców, że dziewczynki mają się malować i czytać o księżniczkach, a chłopcy wręcz przeciwnie, jak takie dzieci mają traktować się później równo i partnersko? Zatem stukam do drzwi, drogie panie „feministki”, abyście zapoznały się z tym, czym jest w rzeczywistości feminizm i czym jest równość kobiet i mężczyzn, i jak praca u podstaw mogłaby zmienić rzeczywistość, bo to, że sobie pogadacie o tym w mediach, skupiając się jedynie na polityce i biznesie, niewiele Wam i nam przyniesie.

 

A wszystkim feministkom i feministom życzę Szczęśliwego Nowego Równego Roku.

 

Agata Łagoda-Olejniuk

Informacje