logo Zielonego info
Z ostatniej chwili:

Pomaganie (anty)społeczne

Deklarowany cel przedsięwzięcia – wzmacnianie postawy przedsiębiorczości, wsparcie na drodze do usamodzielnienia, zaszczepienie motywacji do zmiany sytuacji życiowej. Idea piękna i obiecująca, z zapałem przystępuję więc do uczestnictwa. Moja rola w projekcie polega na prowadzeniu grupowych warsztatów z zakresu kompetencji społecznych oraz indywidualnych rozmów z uczestnikami. Sugerując się dostępną mi wiedzą dotyczącą funkcji i celu istnienia instytucji pomocy społecznej, jakim jest „umożliwienie osobom i rodzinom przezwyciężenie trudnych sytuacji życiowych, których nie są one w stanie pokonać, wykorzystując własne środki, możliwości i uprawnienia” – za zadanie stawiam sobie jak najefektywniejsze partycypowanie w realizacji tegoż celu. Tuż po tym postanowieniu, niestety, mój zapał zaczyna sukcesywnie zmniejszać swoją siłę, by po niedługim czasie osiągnąć wartość bliską zeru. Następuje bowiem seria spotkań, po których sama rozpaczliwie poszukuję motywacji do dalszej pracy, usiłując równocześnie odnaleźć jakiekolwiek punkty zbieżne pomiędzy statutowymi zadaniami wspomnianych instytucji pomocowych a rzeczywistymi skutkami ich działania. 

Spotkanie numer jeden. Pani mniej więcej trzydziestopięcioletnia, mama nastolatki, bezrobotna odkąd sięga pamięcią, tyleż samo na „mopsowym” zasiłku. Dlaczego nie pracuje? Zajmuje się (sic!) dzieckiem. Czy chciałaby znaleźć zatrudnienie? Owszem, poszukuje od dawna (uff, zgadzamy się, że dziecko może już dostać własne klucze). Jak i gdzie wobec tego pani poszukuje pracy? W spożywczaku na swoim osiedlu. I to wszystko? Hmm… Właściwie tak. Raz zapytała, ale nie oddzwonili, nie traci jednak nadziei i czeka. Czy poza tym jakąś aktywność w kierunku zmiany swojego położenia pani podjęła? No, nie… Bo co można zrobić? Podsuwam pomysły – oferty pracy w gazecie, Urzędzie Pracy, może w internecie? Nie, o tym pani nigdy nie słyszała. Poczeka, aż zadzwonią ze sklepu. Może więc przynajmniej pójść i zapytać raz jeszcze? Nie, nie, przecież już była, nie ma sensu. Może jeszcze zadzwonią.

Spotkanie numer dwa. Mężczyzna, lat około 30, niepracujący ojciec trójki dzieci. Czy ktoś w rodzinie pracuje? Nie, żona zajmuje się domem. Plany na przyszłość? Skończyć studia i dobrze zarabiać. Stan na chwilę obecną – wykształcenie podstawowe. Hmm, czyli długa droga przed panem. Co w międzyczasie? Jakoś tam z opieki da się wyżyć, nie jest źle. Co w kierunku uzupełnienia wykształcenia już pan zrobił? Nic, nie ma się co spieszyć. Pieniądze z opieki i tak „się należą”.

Spotkanie numer trzy. Pan niespełna czterdziestoletni – ujmujący swobodą i radością życia, ze statusu bezrobotnego całkiem zadowolony. Do pracy? Owszem, mógłby – tylko po co? Nie opłaca się! Skąd zatem środki do życia? Się z opieki należy, a jak się dobrze zakombinuje, to można wyciągnąć więcej niż się w pracy zarobi. Przyjmując perspektywę rozmówcy stwierdzam, że w istocie trudno jego rozumowaniu odmówić logiki. Naiwnie próbuję jeszcze odwoływać się do uczciwości i dumy z samodzielnie zarobionych pieniędzy, informacja zwrotna uświadamia mi jednak, że właśnie zaczęłam mówić po chińsku. Po raz kolejny kończą mi się argumenty w dyskusji.

Wymiany zdań na wzór powyższych powtarzają się z zatrważającą regularnością. Kontynuując dzieło, ze zgrozą uświadamiam sobie, że niemal wszystkie moje rozmowy z osobami, których społecznemu wykluczeniu rzekomo staramy się zapobiec, przebiegają w sposób łudząco do siebie podobny. Wioski, w których pracy nie ma, a do miasta nie po drodze („Eee tam… Dojeżdżać mam?”), kursy zawodowe, na które pracownik socjalny k a ż e chodzić („A może pani mi powie, po co mi te głupoty?”), o pomstę do nieba wołająca niesprawiedliwość („XY dostaje więcej!”), od czasu do czasu pojawiająca się chęć podjęcia zatrudnienia („Znajdź mi pani pracę, to pójdę.” A może by tak samemu poszukać? „Pani, nie ma czasu.”).

Analizując ponownie deklarowane cele tzw. pomocy społecznej, teraz już konfrontując założenia ze stanem faktycznym, zadaję sobie pytanie – która konkretnie forma tejże pomocy „zapobiega marginalizacji” oraz „mobilizuje do aktywnego i samodzielnego działania i rozwiązywania trudnych sytuacji życiowych”? Obserwując (i słuchając) rzeszę odbiorców pomocy, trudno oprzeć się wrażeniu, że ogranicza się ona do systematycznego zasilania konta określoną kwotą, co siłą rzeczy skutkuje mobilizowaniem do bierności raczej niż aktywności oraz utrwalaniem roszczeniowej postawy wobec rzeczywistości. I o ile sama idea wspomagania życiowo  pogubionych szlachetną i potrzebną jest niewątpliwie, to sposób wcielania jej w życie zdaje się pozostawiać wiele do życzenia. Następuje bowiem niejakie pomylenie pojęć i pomieszanie ról – wyręczanie najwyraźniej zastępuje znacznie bardziej konstruktywne wspieranie. 

Skąd takie przesunięcie akcentu – trudno stwierdzić; rozsądnie rzecz ujmując, brak działań ze strony pracowników socjalnych „zmuszających” ich podopiecznych do podejmowania jakiejkolwiek aktywności celem poprawy jakości swojego życia musi prowadzić do utrwalenia w nich poczucia braku wpływu na swój los i tak powszechnego uzależnienia od darów pomocy społecznej. Regularne zaś aplikowanie zastrzyków finansowych – niezależnie od istnienia bądź nieistnienia woli samodzielnego łożenia na własne utrzymanie, a także podejmowania bądź nie prób finansowego usamodzielnienia – bynajmniej nie zachęca do rezygnacji z comiesięcznej darmowej pensji, zwłaszcza w przypadku tych osób, które taki, a nie inny styl życia „odziedziczyły” po rodzicach i właściwie brak im jakichkolwiek alternatywnych wzorców czy pomysłów na siebie.Czemu i komu służy więc obecna forma opieki społecznej? Wydaje się, że jedynie doraźnemu zaspokajaniu bieżących potrzeb bytowych, i to niestety nie tyle naprawdę potrzebującym (ci często nie „łapią się” na żadną formę pomocy), ile, nierzadko, „zawodowym kombinatorom”, bezbłędnie potrafiącym „wpisać się” w kryteria uzyskania stałego przypływu gotówki. Brakuje długoterminowego, perspektywicznego spojrzenia na problem pozostawania na tzw. marginesie społecznym (niekiedy przez całe lata), a także edukacji w zakresie możliwości podjęcia działań zmierzających do zmiany swojej sytuacji. Skutki takiego systemu to rzesze „wyuczonych bezrobotnych”, dla których pozostawanie na utrzymaniu podatników jest potwierdzeniem życiowej zaradności. Potrzeba nam mniej bezmyślnego rozdawnictwa, a więcej mądrego pomagania.


 

Katarzyna Tendera – psycholog z wykształcenia i pasji, trener umiejętności społecznych, kreatywności i rozwoju intelektualnego; terapeuta neurofeedback. Obszarem jej aktywności zawodowej są szkolenia i zajęcia warsztatowe wspierające prawidłowy rozwój dzieci i młodzieży, treningi rozwoju osobistego dla dorosłych oraz działalność w zakresie interwencji kryzysowej i doradztwa psychologicznego. Współpracuje m.in. w zakresie działań profilaktycznych w pracy terapeutyczno-edukacyjnej z rodzinami dysfunkcyjnymi, zagrożonymi wykluczeniem społecznym i dotkniętymi problemem alkoholowym. W wolnych chwilach wędruje po lesie i tworzy literaturę; uzależniona od nocnych rozmów i czekolady.

 

Skomentuj

Zdjęcia, grafiki i teksty (CC BY-SA 3.0 PL) Zielone Info 2013, lub zostały wykorzystane za zgodą.