Dnia 10 grudnia 2012 roku jadąc do biura zobaczyłem, jak jeden ze współpasażerów czyta gazetkę Metro. Czytany przez niego artykuł dotyczył domowej segregacji własnych odpadów komunalnych. Tytuł brzmiał bardzo wymownie:

KUCHENNA REWOLUCJA, NIE JESTEŚMY GOTOWI?

Zrozumiałem sugestię – ja i cała moja rodzina, sąsiedzi oraz rzesza przyjaciół, wszyscy od dawna wyrzucający szkło, plastik, papier i metal do osobnych pojemników, nie jesteśmy na to gotowi. Zrozumiałem mimo absurdalności sformułowania. Zdobyłem egzemplarz gazetki i wkrótce z zaciekawieniem przyswoiłem treść kontrrewolucyjnego artykułu. Większość cytowanych w nim rozmówców wyrażała jednak swoje zrozumienie dla idei selektywnej zbiórki surowców. Tak, surowców, choć zwanych dotychczas śmieciami. Niestety przyzwyczajenie to druga natura, a każdy twardogłowy, jak Chińczyk w „Weselu” Wyspiańskiego… trzyma się mocno. Część uważa, że zamiatanie pod dywan, czy wyrzucanie surowców na wspólne wysypisko jest lepsze od włożenia odrobiny „wysiłku” w zmianę nawyku. Niektórzy jakby wręcz chełpili się swoją dekadencką postawą. Ale o tym za chwilę.

Wśród wypowiadających się byli: Dagmara; MK; Czytelniczka; A.Drzewińska, Wrocław – Klecina; Niesegregujący czytelnik i… Andrzej Huczko, prof. UW. Postawa prof. wzruszyła mnie szczególnie. Tak jak i zastosowany przez gazetkę zabieg zestawienia opinii anonimowych z opinią, hm, no właśnie kogo – eksperta, autorytetu, specjalisty? Nieee… Raczej tak po prostu – osoby, po której można byłoby spodziewać się otwartego umysłu, konstruktywnej krytyki, rozbudzenia zapału i wyobraźni w poszukiwaniu rozwiązań, odpowiedzialności. Bo według mnie właśnie tej ostatniej zabrakło w wypowiedzi prof. UW

Stara Ochota, miasto Warszawa. Na podwórzu cztery pojemniki: I odpady surowcowe, II papier, III papier i tektura, śmieci „inne”.

O ósmej rano podjeżdża śmieciarka, po czym zawartość trzech pierwszych pojemników idzie jak leci RAZEM do śmieciarki. Pytam pracownika: „To znaczy nasza segregacja domowa nie ma sensu?”. Odpowiedź: „Tak, nie ma sensu”… Rewolucji przynajmniej u mnie nie będzie… Andrzej Huczko, prof. UW

Takimi słowami kończy się artykuł zajmujący pół drugiej strony Metra. Ręce mi opadły. W jaki sposób pracownik naukowy, specjalista w zakresie fizykochemii układów wysokoenergetycznych, nanotechnologii, syntezy nanomateriałów węglowych i ceramicznych, syntezy spaleniowej i technologii plazmowych, kształtuje światopogląd swoich studentów? Publicznie wypowiadając się na temat rzekomego bezsensu spraw priorytetowych w codzienności XXI wieku? Jak intelektualista buduje swój pogląd na temat segregacji domowej? Rozmawiając z operatorem śmieciarki? Gdzie szerokość spojrzenia, globalna perspektywa i ujęcie systemowe?

Być może praca dydaktyczna profesora Huczko jest wspaniała, a ja czepiam się jednego akapitu. Być może niefortunne zwroty, to raczej wina autora (niepodpisanego) artykułu lub redakcji gazetki,. Może miało miejsce jakieś przeinaczenie, brak autoryzacji. Ja nie wiem. Wiem jednak, że tytuł hamulcowego odbierany jest raczej niepochlebny.

Moi rodzice są starsi od pana profesora i nie mają tak wysokiego wykształcenia. Ale nie są zakażeni perfekcjonizmem, tumiwisizmem czy innymi chorobami. Są jednocześnie na tyle młodzi by kształtować w sobie nowe nawyki, uczyć się nowych mechanizmów gospodarowania i podążać za konstruktywnymi trendami. Mieszkają w wieżowcu, w którym wszystkie surowce wtórne odkładane są w pomieszczeniach zsypowych w jednym worku, a odpady nie nadające się do segregacji wyrzucane do przewodu zsypowego. Dwa razy w tygodniu wszystkie surowce odbierane są z pomieszczeń i wiezione RAZEM do sortowni. I nie jest to żadna sensacja czy powód do porzucenia „rewolucji”. Wystarczy odrobina empatii by zrozumieć, że robotnikom w sortowni lepiej jest oddzielać szkło od plastiku i papieru, niż np. plastik od obierek i resztek obiadu. Wystarczy odrobina wyobraźni by dostrzec, że kształtowanie proekologicznych nawyków ma sens. Niezależnie czy to Stara Ochota, Dobre Miasto czy Nowy Tomyśl.

Trener, szkoleniowiec, artysta ludowy.