Środowiska konserwatywne boją się upadku autorytetów. Należałoby dodać, że szczególnie autorytetów pochodzących z góry. To, że konserwatyści nie grzeszą zbytnio odwagą w jakiś pokrętny sposób wpisuje się nawet w starożytne rozwiązania artystyczno-techniczne. Mam na myśli spektakle Eurypidesa. W kulminacyjnym momencie na scenę spuszczany był mechanizm imitujący boga. Obsługujący go aktor z pomocą znaczących, symbolicznych gestów autorytarnie rozwiązywał akcję – bohaterowie zostawali natychmiast wybawieni z opresji. W taki sposób dzięki antycznej tragedii narodziło się pojęcie deus ex machina (bóg z maszyny). Podobnie w ogrodnictwie. Gdy okazało się, że nie jesteśmy koroną stworzenia i przyroda nie jest nam tak posłuszna jak to się wydawało przez wieki, na pomoc przyszła… chemia.

W dniu 9 listopada 2012 r. w Łodzi odbył się I Międzynarodowy Kongres Bioekonomii. Głównym gospodarzem paneli był INHORT Instytut Ogrodnictwa w Skierniewicach. Powstały na bazie Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa im. Szczepana Pieniążka oraz Instytutu Warzywnictwa im. Emila Chroboczka. W skład rady programowej kongresu weszli rektorzy trzech łódzkich uczelni – uniwersytetu, politechniki i uniwersytetu medycznego. Wśród prelegentów były takie znakomite osobistości jak Dyrektor Banku Światowego na Polskę i Kraje Bałtyckie, Dyrektor Europejskiego Centrum Ekohudrologii PAN pod auspicjami UNESCO, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Środowiska RP i wielu innych. Tematykę wystąpień, jak to zwykle bywa, cechował różny poziom świadomości. Jednak cała konferencja była wydarzeniem przełomowym. Choćby poprzez rozmach z jakim potraktowano zagadnienia wpływu upraw i gospodarki wodnej człowieka na środowisko naturalne. Zagadnienia zostały przybliżone bardzo zachęcająco, a jednocześnie wyraźnie nawiązując do domowej spiżarni.

Tym chętniej sięgnąłem do książki pt. „Owoce krain dalekich” autorstwa prof. Janiny Pieniążek i prof. Szczepana Pieniążka. Zacząłem czytać i zląkłem się. Czegoż tam nie ma! Toż to opis jakiegoś magazynu chemicznego, a nie rajskiego ogrodu tropików, którego owoce trafiają nasze stoły. Autorytet sadowników (z których tylko mężczyzna został upamiętniony w nazwie instytutu) zbladł w moich oczach jak suszone morele potraktowane E220.

Jak mówi ewangelia Mateusza „Po owocach ich poznacie” jednak kilka kwiatków jest naprawdę znamienitych

„Najnowocześniejszy sposób sporządzania odkładów powietrznych jest
następujący. Zaobrączkowana gałązkę traktuje się roztworem syntetycznej substancji wzrostowej (najlepiej kwasu indolomasłowego), która przyspiesza wydanie korzeni(…)”

„Za pomocą kwasu naftylooctowego można zmusić do zaowocowania ananasy uprawiane w doniczkach”.

„Nas oczywiście fascynował fakt ręcznego zrywania wszystkich liści. Czy nie można by tego robić chemicznie np. przy pomocy Ethrelu?”

Ostatni fragment opisuje „fascynację” Pieniążków ekologicznymi metodami stymulowania jabłoni do wydawania owoców w klimacie równikowym. Choć faktycznie jest raczej wyrazem ubolewania nad brakiem dostępu do chemii.
W tym miejscu można by powiedzieć: ale to przecież opis upraw Globalnego Południa, w Polsce było inaczej. Owszem było inaczej, a nawet gorzej. Bo „pryskane” owoce nie były dziełem imperialistycznego zachodu czy krajów trzeciego świata. Opryski były wyrazem „najnowocześniejszych sposobów” upraw w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, kraju, który w imię wzrostu produktu krajowego brutto (PKB) balansował na krawędzi ekologicznej katastrofy co najmniej przez dekadę lat ’70.
W tym miejscu można powiedzieć: ale to było kiedyś, teraz jest większa świadomość zagrożeń. Cóż… Jednak współczesne podejście do ogrodnictwa i sadownictwa w Polsce nie zmieniło się szczególnie. Przynajmniej w wydaniu INHORT Skierniewice. Jak mówi chińskie przysłowie – jeden obraz wart jest więcej niż tysiąc słów – a dla skierniewickich ogrodników wyrazem nowoczesnego podejścia Instytutu jest nowoczesny ciągnik opryskujący… rzędy kwitnących jabłoni. I znów maszyna wyciąga nas z opresji z klęski urodzaju, nadmiernego owocowania jabłoni w co drugim sezonie. Tylko, że to nie teatr antyczny, a rzeczywistość, w której mówi się nam, że rośliny modyfikowane genetycznie pozwolą zwiększyć urodzajność upraw. Porównania treści książki z roku 1981 i kongresu z roku 2012 nie jest zatem podróżą w czasie czy przestrzeni, a podróżą do granic wyobraźni i absurdu.

Ile kosztowała konferencja zawierająca podobne kwiatki – nie wiem. Wyraz twarzy Xaviera Devictora z Banku Światowego, który zobaczył coś takiego po swoim wystąpieniu „Green Economy” (Zielona Ekonomia) – bezcenne.

Trener, szkoleniowiec, artysta ludowy.