logo Zielonego info
Z ostatniej chwili:

Wolontariat od podszewki, czyli koty miejskie i ngo

Wolontariat w organizacji pozarządowej? A z czym to się je? Toż to nie praca! Poza tym – do czego to się niby przydaje?”

Wbrew pozorom – przydaje się, i to bardzo! Wolontariat rozwija, uczy asertywności, a niektórych przypadkach pozwala zdobyć doświadczenie i – co może ważniejsze –motywację do zmiany swojej ścieżki zawodowej. O wolontariacie, pracy ngo, obowiązkach, sprawozdawczości, finansowaniu i wszystkim, o cokolwiek tylko chcielibyście zapytać, a także o kotach – nie zapominajmy o kotach! – opowie w dwuczęściowym wywiadzie wolontariuszka działającej od 2008 roku na Dolnym, Opolskim i Górnym Śląsku Fundacji Kocie Życie, Małgorzata Biegańska-Hendryk.

Anna Askaldowicz, Zielone Info: Zacznijmy od tego, jak wygląda praca w fundacji zajmującej się pomocą zwierzętom bezdomnym?

Małgorzata Biegańska-Hendryk, wolontariuszka Fundacji Kocie Życie*: Poproszę pytanie pomocnicze… (śmiech).

AA: Proszę bardzo: jak trafiłaś do fundacji?

M B-H: Do fundacji trafiłam przypadkiem, bo sama miałam wtedy koty. A to jakoś tak się składa, że ludzie, którzy mają problemy z kotami, często proszą o pomoc innych „kociarzy”. Zatem zgłosiła się do mnie dziewczyna z Wrocławia – bo studiowałam we Wrocławiu – która usiłowała ratować po wypadku kotkę z działek. Co śmieszniejsze, ja tego kota nigdy nie widziałam. Ot, zostałam poproszona o pomoc i znalazłam w portfelu karteczkę z adresem strony Fundacji Kocie Życie. Napisałam maila. Ktoś się odezwał, ktoś został gdzieś przekierowany i w końcu kotka otrzymała pomoc. I to była moja pierwsza styczność z Kocim Życiem. A potem zainteresowałam się tym, co ta fundacja robi i jak to działa. Okazało się, że człowiek z zewnątrz też może pomóc, więc zaczęłam trochę pomagać, potem zaczęłam bardziej pomagać, a w końcu wyszło na na to, że tak bardzo pomagam, że podpisałam umowę wolontariacką. (śmiech)

AA: Czyli – zaczęło się od przypadku, potem byłaś sympatykiem, potem wolontariuszką w czasie studiów, a potem studia się skończyły, Ty wróciłaś do Gliwic… I nadal jesteś wolontariuszką. Z perspektywy: jak Twój wolontariat przebiegał, co i jak się zmieniało?

M B-H: Kiedy zaczynasz pomagać i masz taki charakter jak mój, to albo coś robisz na sto procent, albo wcale. Bo ja nie lubię półśrodków. A to oznacza, że zgodziłam się na to, że będę musiała zajmować się coraz większą ilością spraw. Nasza fundacja jest specyficzna, bo jest bardzo mała, lokalna. W najlepszym momencie mieliśmy 12 wolontariuszy. Zrzesza osoby całkowicie prywatne, które poświęcają swój wolny czas i zasoby. W takich organizacjach nie ma co się spodziewać stałych godzin pracy i sztywnego podziału obowiązków. Każdy robi to co może w danej chwili – i robi tak dużo, jak może. Pewne rzeczy muszą być wykonywane na bieżąco, więc nie pyta się wszystkich uprzejmie, kto ma czas, wolną klatkę, możliwość odłowienia kotów, które pilnie trzeba odłowić. Po prostu ten, kto może, robi to. Tak samo jest z pisaniem dokumentów, aktualizacją strony. A ponieważ ja miałam na studiach sporo czasu, więc automatycznie zaczęłam przejmować różnego rodzaju obowiązki: od bezpośredniego uczestnictwa w łapaniu kotów, poprzez opiekę weterynaryjną, przez kwestie formalno-prawne: pisanie, redagowanie i wysyłanie pism, poprzez grafikę, tworzenie plakatów, organizację różnych akcji, zbiórek finansowych, i tak dalej, a kończąc na robieniu zdjęć, wystawianiu ogłoszeń… Jak widać, nie ma stałego podziału ról. Na przykład w tym roku ja byłam osobą organizującą część formalności związanych z akcją sterylizacyjną, chociaż w 2011 zajmował się nią kto inny; i jak na razie, chwalić Boga, akcja idzie dobrze, a efekty są obiecujące.

AA: Taki styl pracy wolontariuszy ma zatem swoje zalety – bo zamiast tylko wykorzystywać swoje umiejętności, wciąż uczysz się czegoś nowego. Jednak zaczęłyśmy rozmawiać o akcji sterylizacyjnej; rozwińmy ten temat. Akcja sterylizacji kotów wolno żyjących – na koszt państwa, na koszt gminy – jest już dość dobrze znana. Organizują ją schroniska w porozumieniu z weterynarzami, dzięki niej można za darmo sterylizować koty bezdomne. Czy Wasza akcja to część tej ogólnopolskiej, czy osobna inicjatywa?

M B-H: Po kolei: ogólnopolski zasięg ma akcja sterylizacyjna, która odbywa się w marcu. Bodaj 12 lat temu zapoczątkowało ją Stowarzyszenie Obrońców Zwierząt ARKA. To jest akcja regularna, coroczna, rozpoznawalna i w mediach, i w prasie, z kampanią informacyjną. Nasza fundacja od wielu lat brała, bierze i będzie brać w niej udział. Natomiast z naszych doświadczeń wynika, że po pierwsze jeden miesiąc akcji to mało, bo potrzeby są o wiele większe, a po drugie: marzec to późny moment na sterylizacje. Kiedyś koty zaczynały swój cykl płciowy w danym roku od marca, więc wtedy można było je odłowić i wysterylizować. Obecnie niestety kocice zachodzą w ciążę przez cały rok, rodzą przez cały rok, i często w marcu kotki są już po porodach. Sterylizacja w marcu nie spełnia już roli „sterylizacji przed sezonem”. Dlatego my bierzemy udział w akcji marcowej, ale od dwóch lat organizujemy też tzw. Zimową Akcję Sterylizacyjną – w listopadzie!

AA: Czemu akurat w listopadzie?

M B-H: Bo wówczas kocięta urodzone w czasie lata i jesieni już są odchowane, a miotów z wiosny jeszcze nie ma. Dzięki temu unika się przeprowadzania sterylizacji aborcyjnych. Oczywiście taki zabieg można wykonać, i kiedy trzeba, wykonuje się go, ale to jest większe obciążenie dla organizmu zwierzęcia. Różnicą pomiędzy naszymi akcjami a akcją marcową jest też to, że my przewidujemy częściowy zwrot kosztów, gdyż jesteśmy zbyt małą organizacją, żeby w stu procentach opłacić wszystkie zabiegi – nie stać nas na to. Z drugiej strony staramy się, żeby ten koszt po stronie opiekuna był jak najniższy. Np. w tym roku w Zimowej Akcji Sterylizacyjnej opiekun dopłacał, niezależnie od płci zwierzęcia, 20 złotych: wpłacał je na konto fundacji i z potwierdzeniem wpłaty mógł się zarejestrować u weterynarza z listy lecznic współpracujących z nami w tej akcji. I z ewidencji, którą nam weterynarze przedstawiają po zakończeniu akcji, wynika, że często jedna osoba zapisuje się od razu na cztery, pięć, sześć zabiegów. Dzięki temu w ramach takiej akcji udaje się wysterylizować całe kocie grupy jednocześnie.

AA: 20 złotych to niewiele, nawet dla osoby mniej zamożnej…

M B-H: Dlatego akcja rzeczywiście jest skierowana przede wszystkim do osób starszych, do osób w trudnej sytuacji i do osób opiekujących się kotami wolno żyjącymi. Wielkie podziękowania należą się też weterynarzom, bo jeżeli lecznice nie chciałyby z nami współpracować na takich zasadach, to my byśmy takiej akcji po prostu nie przeprowadzili.

AA: Z całej tej historii wynika coś jeszcze: zmienia się świadomość, że dziko żyjący kot nie jest najszczęśliwszy na świecie wtedy, kiedy jest pełnowartościowym kocurem czy kotką. Chociaż wciąż niektórzy deklarują, że „oni nie będą dzikiego kota kaleczyć”.

M B-H: Zmienia się, aczkolwiek najszybciej u tych ludzi, którzy rzeczywiście się zwierzętami zajmują. Nie: udają, że się zajmują, przychodząc raz na tydzień w dane miejsce i wyrzucając resztki z obiadu. Myślę o ludziach, którzy z kotami mają styczność dzień w dzień i widzą, jak mioty umierają, jak koty chorują, jak kotka umiera przy porodzie, jak kocur wraca podrapany, pogryziony po walkach, jak potem cierpi, jak ma niegojące się rany itd. Do nich dociera, że ze zwierzakami dzieje się coś złego. A osoby, które szerzą pogląd, że sterylizacja jest okaleczeniem, to bardzo często ludzie, którzy tak naprawdę nie mają z kotami do czynienia na co dzień. Gdyby mieli, to być może zmieniliby zdanie.

AA: Teraz dla odmiany pytanie z innej beczki: wiem, że zaczynaliście we Wrocławiu, ale Wasza działalność zatacza już coraz szersze kręgi. W jakich województwach zatem działacie? Czy fundacja się rozrasta?

M B-H: Działamy na terenie województw dolnośląskiego, śląskiego i opolskiego, choć statutowym obszarem działania jest cała Polska. I rozrasta się, w tej chwili główne ośrodki naszego działania są trzy: Wrocław, Oława i Gliwice, bo tam, mieszkają wolontariusze. A gdzie są wolontariusze, tam można coś robić.

AA: A oprócz wolontariuszy macie też, o ile wiem, siatkę ludzi, którzy udostępniają miejsca dla kotów pod swoim dachem, czyli Domy Tymczasowe…

M B-H: Tak, mamy parę takich osób, które wspierają fundację, przede wszystkim we Wrocławiu i w Gliwicach. Ludzi, którzy poświęcają swój prywatny czas i przede wszystkim oferują miejsce, gdzie można koty przetrzymać, choć nie są wolontariuszami sensu stricte. Mamy też całą grupę sympatyków i osób, które nam pomagają albo poprzez wolne datki, albo przez przekazywanie karmy czy przedmiotów na zbiórki tematyczne, a wreszcie – całą grupę ludzi, która przekazuje nam 1% podatku. Co jest dla nas ogromnie ważnym źródłem finansowania działań, bo niestety bez 1% nie bylibyśmy w stanie działać na taką skalę, jak w tej chwili.

AA: A ta skala działań jest naprawdę rozległa: strona i forum pełne przydatnych informacji w Internecie, akcje sterylizacyjne, zbiórki karmy, zbiórki celowe, sprzedaż kalendarzy-cegiełek, kiermasz książek, nie wspominając już o poradach telefonicznych i wizytach w domach tymczasowych…

M B-H: No, akcji trochę było w tym roku, nawet jeśli jeszcze są niepodliczone. (śmiech) Przede wszystkim cieszy nas, że z roku na rok wszystkie akcje cykliczne mają coraz szerszy oddźwięk. Akurat kiermasz książek, czyli „Książeczka dla koteczka”, miał pierwszą edycję, ale jeśli też się będzie rozrastać tak jak inne, no to strach się bać, co to będzie, bo odzew był świetny. Jeszcze lepiej to widać na przykładzie zbiórek tzw. „karmicielskich”: przez cały rok organizujemy comiesięczną zbiórkę karmy dla osób opiekujących się kotami wolno żyjącymi, w każdym miesiącu dla innego opiekuna. Kiedy popatrzy się na to na przestrzeni lat, to w roku 2008 udało się zebrać 254 kg karmy. W ubiegłym roku zebraliśmy 700 kg, więc gołym okiem widać postęp. W tej chwili za pierwsze półrocze 2012 roku zebraliśmy ponad 400 kg, a drugie półrocze jest jeszcze niepodliczone, bo w tej chwili jeszcze ciągle trwa zbiórka grudniowa. Dopiero pod koniec grudnia będziemy mieć bilans roczny, ale na pewno przekroczymy tonę. Jest fajnie. (śmiech)

AA: Widzę, że sprawdzasz właśnie statystyki… w sprawozdaniach ze zbiórek na Waszej stronie fundacyjnej. Dlatego teraz chciałabym porozmawiać o tej, nomen omen, stronie Waszej działalności. Na jakiej podstawie możecie gromadzić fundusze na działalność i gdzie darczyńca znajdzie odpowiedź, jak je wydatkujecie?

M B-H: My przede wszystkim – oprócz tego, że jesteśmy fundacją zarejestrowaną w KRS-ie, z przyznanym statusem organizacji pożytku publicznego, co daje nam prawo właśnie do zbierania 1% podatku w ramach rozliczeń rocznych – działamy na podstawie pozwolenia na prowadzenie zbiórek publicznych, wydawanego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Dzięki niemu możemy prowadzić działania na terenie trzech województw, dolnośląskiego, opolskiego i śląskiego, i w związku z tym jesteśmy zobowiązani po pierwsze do przedstawiania sprawozdań z prowadzonych zbiórek, a po drugie do przedstawiania sprawozdań rocznych w dwóch rodzajach: obowiązuje nas sprawozdanie merytoryczne i sprawozdanie finansowe. I wszystkie te dokumenty za okres od 2008 roku są na stronie do przeczytania, pobrania, i co najważniejsze – są zaakceptowane przez odpowiednie organy, wobec których rozliczamy się ze swojej działalności. Zresztą w tym roku dostaliśmy już potwierdzenie, że jesteśmy na liście organizacji, którym w 2013 będzie można przekazywać 1% podatku, a to oznacza, że wszystkie nasze dotychczasowe sprawozdania zostały przyjęte. Sprawozdawczość musi być prowadzona tak, żeby w przypadku jakiejkolwiek kontroli wszystko było w porządku, bo od tego zależy przede wszystkim przyszłość tych zwierzaków, które trafią pod naszą opiekę. A to dlatego, że bez tej formy finansowania, jaką daje nam właśnie 1% podatku, my byśmy sobie pewnie dalej działali, ale bylibyśmy malutką, niszową fundacją, która pomaga paru czy parunastu zwierzętom. Natomiast na pewno nie osiągnęlibyśmy takich efektów jak za poprzedni rok, gdzie kotów oddanych do adopcji było około 100, a kotów wysterylizowanych ponad 300. Nie bylibyśmy w stanie czegoś takiego finansowo udźwignąć, gdybyśmy nie mieli takiego właśnie źródła finansowania.

(Koniec części pierwszej).

*Więcej informacji o działalności Fundacji Kocie Życie znajdziecie pod adresem: http://www.kociezycie.pl/

Skomentuj

Zdjęcia, grafiki i teksty (CC BY-SA 3.0 PL) Zielone Info 2013, lub zostały wykorzystane za zgodą.