logo Zielonego info
Z ostatniej chwili:

Wolontariat od podszewki, czyli koty miejskie i ngo – część II

W drugiej części naszej rozmowy wolontariuszka Fundacji Kocie Życie, Małgorzata Biegańska-Hendryk, opowie o zaletach adopcji kota, o mitach narosłych wokół fundacji zajmujących się zwierzętami, oraz o swoim nowym zawodzie, który zyskała dzięki fundacji i wolontariatowi.

Anna Askaldowicz, Zielone Info: Nasza poprzednia rozmowa skończyła się na wyliczeniu kotów sterylizowanych i przekazywanych przez Kocie Życie do adopcji. O sterylizacji już mówiłyśmy, skupmy się teraz na adopcji. Sama nazwa „uczłowiecza” tę procedurę, ale jednocześnie wskazuje na to, że Wy nie jesteście właścicielami, ale opiekunami tymczasowymi kota, i Waszym celem jest znalezienie im nowych, dobrych domów. Procedura obejmuje podpisanie umowy, wizytę przedadopcyjną… I zdarza się, że nie wszystkim potencjalnym właścicielom się to podoba. Niektórzy traktują to jako dziwny, niezrozumiały wymóg. Skoro już chcą wziąć od Was kota, to chyba nie powinniście grymasić – stwierdzają – co to za fanaberie? Może rozwiejmy zatem mity powstałe wokół adopcji.

Małgorzata Biegańska-Hendryk, wolontariuszka Fundacji Kocie Życie*: Zacznijmy od tego, że wizyty przedadopcyjne w przypadku naszej fundacji nie zawsze są obligatoryjne. Działamy na tyle długo i mamy tylu sympatyków, że często część naszych kotów idzie do osób z polecenia. Albo też ludzie, którzy kiedyś adoptowali nasze koty, teraz biorą od nas kolejnego kota. Takie osoby są traktowane jako „sprawdzone”, więc jest łatwiej. Z naszej strony problem z wizytą przedadopcyjną występuje, gdy adopcja jest przeprowadzana na dużą odległość, ale takich adopcji mamy stosunkowo niewiele. Natomiast o samej adopcji i jej warunkach można przeczytać na naszej stronie. Warto spojrzeć na „Warunki adopcji kota”, zanim się do nas zadzwoni. Dla nas sama chęć posiadania zwierzaka to jest za mało. Kot nie jest parą butów, którą można odstawić do szafy, jak się człowiekowi znudzi. To odpowiedzialność, którą człowiek musi wziąć na siebie – w przypadku adopcji kocięcia – na następnych 20 lat. Jeżeli więc ktoś się chce zdecydować na kota, musi spełnić warunki, które my uważamy za podstawowe. Te warunki są różne w zależności od zwierzaka; na przykład ja nigdy nie wydam kociaka, którego miałam pod opieką, do domu tzw. wychodzącego, czyli takiego, gdzie kot może wychodzić swobodnie na zewnątrz bez opieki. Taki sobie postawiłam warunek brzegowy. Dlaczego? Najczęściej zwierzaki, którymi się opiekuję, to są osierocone kocięta, które od pierwszych świadomych dni życia przebywają w mieszkaniu. To jest jedyny świat, który te koty znają. Nie zaryzykuję, że potem ktoś tego kota wypuści bez dozoru tylko po to, żeby go za pół roku skrobać z jezdni. Innym warunkiem, który stawiamy w umowie, i jest to warunek bezdyskusyjny, jest podpisanie klauzuli o wysterylizowaniu zwierzęcia. Jednocześnie każdy zwierzak dorosły wydawany przez fundację jest przez nas wysterylizowany. Nie ma możliwości negocjacji tego paragrafu, ponieważ jednym z podstawowych celów fundacji jest ograniczenie bezdomności, a sterylizacja jest jedyną skuteczną metodą kontroli populacji. Sterylizujemy dojrzałe zwierzęta, bo dzięki temu wiemy, że nawet jeśli kotek ucieknie właścicielowi, to właściciel nie będzie mógł powiedzieć „Tak mi przykro, nie zdążyłem go jeszcze wysterylizować, co teraz?”. Nie, kot jest wysterylizowany, temat jest zamknięty.

AA: Zatem warunki adopcyjne dyktuje Wasz statut, zresztą też do wglądu na stronie. Swoją drogą to dziwne – zdejmujecie z przyszłego właściciela jeden z ważniejszych kosztów związanych z posiadaniem kota, koszt sterylizacji, i to powoduje kontrowersje?

M B-H: Jest grupa ludzi, którym to przeszkadza, bo niektórzy chcą sobie wziąć kotka, żeby mieć potem z niego kolejne kotki, a my się na to absolutnie nie zgadzamy. Innym z punktów, które są często dyskutowane przez adoptujących, jest zapis w umowie o zadeklarowaniu osiatkowania przynajmniej jednego okna w domu; chodzi o to okno, które jest najczęściej używane. Siatka to dla kota zabezpieczenie przed wypadnięciem, przed ucieczką, przed jakimś innym zagrożeniem spowodowanym otwartym oknem, otwartą przestrzenią. Niektórzy też z tym dyskutują, no i niestety w takim momencie albo próbujemy ich przekonać, albo niestety się żegnamy.

AA: Rozumiem i popieram. A jak byś scharakteryzowała pożądanego oipiekuna? I co takiemu opiekunowi fundacja oferuje, bo przecież umowa adopcyjna to nie tylko obowiązki właściciela – wy też się do czegoś zobowiązujecie…

M B-H: Chętnie rozmawiamy z osobami, które mają koty odpowiednio utrzymane, w odpowiednim stanie zdrowia, pod kontrolą weterynaryjną. Co nie znaczy, że nie wydajemy zwierząt do domów, gdzie ma to być pierwszy kot, bo w końcu każdy z nas miał kiedyś pierwszego kota. I tym właścicielom doświadczonym, i niedoświadczonym służymy zawsze radą i pomocą po adopcji, i to właśnie jest zapisane w umowie. Podobnie jak punkt, że nowy opiekun musi poinformować, czy kot się w nowym miejscu zaaklimatyzował, czy wszystko jest w porządku, a w przypadku, kiedy w domu jest inny zwierzak, jak się dogadują ze sobą. I jeszcze coś, co jest również bardzo ważne: zapis o tym, że kiedy kot się nie zaaklimatyzuje albo wystąpią jakieś inne przeciwwskazania, jak na przykład alergia na konkretne zwierzę – bo i tak się zdarza, że ktoś nigdy nie miał objawów uczulenia, a ten akurat kotek objawy wywołał – nasza fundacja zawsze przyjmuje wtedy kota z powrotem. Stąd tak ważne jest dla nas potwierdzenie, że kot się zadomowił, właśnie po to, żeby można było później móc przyjąć w jego miejsce w domu tymczasowym albo następnego zwierzaka; nie musimy wtedy zamrażać miejsca na ewentualność powrotu.

AA: Jak zatem podsumowałabyś Wasze wymagania wobec potencjalnych opiekunów? Są spore, ale przecież nie są wymierzone przeciwko nim, tylko biorą się z…

M B-H: Z chęci zapewnienia naszym podopiecznym najlepszego możliwego domu. I to nawet nie chodzi o nasz wkład pracy, funduszy, czasu w to, żeby nasze zwierzaki jak najlepiej przygotować do adopcji i zapewnić im jak najlepszy start. Przede wszystkim chcemy, żeby koty miały zapewnione dobre życie przez kolejne pięć, dziesięć, piętnaście czy więcej lat – nie wiemy w momencie, kiedy oddajemy kota, ile on pożyje, ale oczywiście zakładamy, że jak najdłużej. Więc zależy nam na znalezieniu takiego domu, który po pierwsze się nie znudzi, po drugie nie rozmyśli, po trzecie – nie okaże się na przykład za pół roku, że jednak państwo postanowili mieć dziecko albo że państwo postanowili się przeprowadzić na Malediwy i kotek się w tych planach nie mieści. Chodzi o to, żeby decyzja o adopcji była przemyślana i podjęta świadomie. Żeby ludzie się wywiązywali z danej obietnicy, czyli z pierwszego punktu umowy adopcyjnej, który mówi o tym, że zwierzę będzie miało zapewnioną odpowiednią opiekę. Tyle i aż tyle.

AA: Poza tym zgoda na umowę, na wizytę adopcyjną to często także większa szansa, że opiekun dostanie kota, który dobrze się w jego domu odnajdzie. Wy nie wydajecie kotów wziętych prosto z podwórka. Do adopcji przygotowują się i ludzie, i kot. Przybliżysz, jak wyglądają te przygotowania w zależności od tego, czy to jest na przykład kocię, czy to jest dziki kot z jakiejś interwencji?

M B-H: Przede wszystkim dzikie koty, które nie wykazują zachowań społecznych, nie są nigdy kierowane do adopcji, ponieważ to bez sensu. To jest unieszczęśliwianie obu stron, bo ani ten kot się nie odnajdzie, ani żaden człowiek zdrowo myślący i normalnie analizujący sytuację nie poświęci swojego życia na rzecz kota, który go gryzie, drapie i mieszka pod szafą.

AA: … Czyli obalamy mit, że wolontariusze to grupa ludzi biegających z obłędem w oku po podwórkach, łapiących szczęśliwe dzikie koty i na siłę wpychających je do mieszkań…

M B-H: Ujmę to tak: na pewno jest gdzieś taka grupa wolontariuszy, ale nie u nas (śmiech). Natomiast koty dzikie trzeba podzielić na te, które sobie radzą i na te, które sobie nie radzą. Jeżeli trafiają pod naszą opiekę te, które sobie radzą na dworze – są standardowo sterylizowane, odrobaczane, w miarę możliwości szczepione i wypuszczane z powrotem w swoim środowisku. W ten sposób zabezpieczamy je przed chorobami i dolegliwościami, a one wracają do swojego świata. Z drugiej strony te koty, które trafiają do nas albo jako koty społeczne, miziaste, przyjazne ludziom albo jako maluchy – bo oswojenie malucha, o ile nie przekroczył magicznego wieku trzech miesięcy, zazwyczaj jest możliwe niewielkim nakładem sił i kosztów – to w tym momencie takie koty są rzeczywiście przygotowywane do adopcji. Pod względem socjalnym, bo są uczone życia z ludźmi, funkcjonowania w domu, ale też – medycznym. Co oznacza, że nawet jeżeli przyniosę z ulicy czy z podwórka kota, który jest super miziakiem, świetnie korzysta z kuwety i fantastycznie się odnajduje w warunkach domowych, to go nie wydam bez kwarantanny. A to po to, żeby się zorientować, czy nie dolega mu coś, o czym nie wiem. Właśnie po to, żeby – zgodnie z zapisami naszego statutu fundacji – nie wydawać kotów chorych, niezdiagnozowanych, stwarzających jakieś dodatkowe problemy. Nie chodzi o to, żeby pójść w ilość; chodzi o to, żeby te zwierzaki, które trafiają w nowe miejsca, były możliwie dobrze do tego faktu przygotowane.

AA: Teraz zapytałabym o pasję i pracę. Skądinąd znam też kilka innych organizacji zajmujących się zwierzętami i wiem, że w pewnym momencie zaciera się granica między życiem zawodowym a wolontariatem. Przykład: wolontariuszami są często osoby, które mają już jakieś przygotowanie weterynaryjne. Ty odwrotnie: po latach wolontariatu zdecydowałaś się zostać technikiem weterynarii. Jak to jest – zawód inspiruje do pomagania, czy pomaganie do zdobycia zawodu?

M B-H: Nie wiem, jak jest w innych fundacjach tak gremialnie, chociaż znam rzeczywiście kilka fundacji, w których działają czy weterynarze, czy technicy. Ale nie jest tak, że aby działać, trzeba mieć wykształcenie kierunkowe. Przede wszystkim kluczem do działania jest posiadanie chęci, bo jeżeli się ma wystarczająco dużo chęci, to całą resztę można przepracować, nauczyć się. Zresztą jeżeli do nas ktoś przychodzi i zgłasza chęć wzięcia kota do domu tymczasowego, a nigdy wcześniej niczego takiego nie robił, to nie jest rzucany na głęboką wodę., My cały czas staramy się taką osobę pilotować, pomagać, żeby nie poczuła się też w tym wszystkim zostawiona na pastwę losu.

AA: To w takim razie powiedz, czemu się zdecydowałaś na to, żeby zostać technikiem weterynarii? Z Twoim doświadczeniem do wolontariatu tego nie potrzebowałaś. (śmiech)

M B-H: Chyba dlatego, że moje poprzednie studia do niczego się nie przydawały w życiu, a doszłam do wniosku, że może mi się uda zahaczyć w tej dziedzinie zawodowo.

AA: Przyjemne z pożytecznym?

M B-H: Tak. Poza tym bycie historykiem jest fajne, ale co to za zawód ten historyk? Co on ma robić właściwie? A bycie technikiem weterynarii jest konkretne. Jesteś w stanie powiedzieć w trzech słowach, co robi technik weterynarii A co robi historyk – dzieci uczy?

AA: No to dobrze, w trzech słowach: co robi technik weterynarii?

M B-H: Nie pozwala się wkurzyć klientom… (śmiech) Technik jest traktowany jako tzw. personel pomocniczy w lecznicy. Z moich uprawnień zawodowych wynika, że nie mam tak naprawdę możliwości samodzielnego leczenia czy diagnozowania. Technik to jest taki personel pośredni, ale z drugiej strony w dużych lecznicach, technik weterynarii jest tak naprawdę nieoceniony, ponieważ weterynarz nie jest w stanie robić wszystkiego. Tym bardziej, że część procedur, które się przy zwierzakach wykonuje, jest na przykład długotrwała. Jeżeli na przykład weterynarz musiałby siedzieć przy kocie czy psie i pilnować przepływu kroplówki, to traciłby czas, w którym mógłby przyjmować innych pacjentów. A jeżeli taką rzeczą zajmuje się technik, to weterynarz może w tym czasie udzielać pomocy, która jest potrzebna. Poza tym technik weterynarii zajmuje się też asystą przy zabiegach, jest w stanie podawać leki pod nadzorem weterynarza, jest potrzebny przy wszelkiego rodzaju pobieraniu próbek do badań laboratoryjnych, może obsługiwać urządzenia laboratoryjne. Poza tym zdobycie tytułu technika weterynarii jest w pewnym sensie potwierdzeniem moich własnych kwalifikacji, które się zdobywa w bezpośredniej pracy ze zwierzakiem.

AA: Na koniec zapytam Cię o Twoje prywatne koty. Przez Twój dom w ciągu wielu lat przewinęło się mnóstwo zwierząt, które potem znalazły szczęśliwie swoje nowe domy, zazwyczaj młodych, bo Ty głównie socjalizujesz kocięta. Jednak masz też swoje własne koty, więc powiedz coś o nich – co to za stworzenia, które sprawiły, że tak się w kotach zakochałaś i postanowiłaś poświęcić większość swojego czasu i kariery, zawodowej i naukowej, właśnie im?

M B-H: Koty są w moim otoczeniu tak naprawdę od lat jedenastu, bo wtedy pierwszy kot został przyniesiony przeze mnie do domu. To był kot, który teraz mieszka z moją mamą. Moje dwa pierwsze kocury zostały w domu rodzinnym i tam sobie dalej żyją, mieszkają i mają się nawet nie najgorzej. A tu widzisz nasze koty prywatne, które mieszkają ze mną i moim mężem, i są razem z nami zaangażowane w prowadzenie domu tymczasowego.

AA: I chyba właściwie są nieodzownym personelem, bo to one tak naprawdę uczą te małe kocięta, jak zachowywać się względem starszych zwierząt, co można zrobić człowiekowi, a czego nie…

M B-H: Jak najbardziej – uczą, wychowują; choć nie wiem, jakim cudem to robią, bo same są czasami tak absurdalnie pokręcone, że przekazanie czegokolwiek tym młodym pokoleniom jest aż dziwne, ale jakoś im się to udaje… Stefan, czyli kot najstarszy, w tej chwili sześcioletni, został odratowany z podwórka jako kocię skrajnie chore i skrajnie zagłodzone. Ze względu na niedobory wapnia w organizmie nigdy nie wyrosły mu wszystkie zęby; jest kotem z permanentnym problemem jelitowo-psychicznym i wszelkie zachwiania samopoczucia natychmiast lądują w kuwecie. Poza tym Stefan jest kotem z lekkimi zaburzeniami zachowań, miał w swoim życiu etap napadów agresji i bardzo przesadnie odbiera pewne rzeczy. Jest też po terapii no i jakoś sobie z tym wszystkim funkcjonujemy. Stefan jest wreszcie nerwusem, który zajmuje się tym, żeby inni nie wchodzili mu w drogę; przynajmniej się stara. Bunia jest kotem Stefana. Gdyby nie Stefan, to Bunia poszłaby do adopcji, ale Stefan się nie zgodził, więc niestety musiała zostać. (śmiech) Bunia jest kotem po przepuklinie rogówkowej lewego oka; w wieku sześciu tygodni miała wykonany zabieg polegający na ścięciu przepukliny i zaszyciu gałki ocznej. Po tym zabiegu, chwała Bogu, oko się wygoiło mimo pierwszych diagnoz mówiących o potrzebie usunięcia gałki. Bunia skończyła niedawno trzy lata i jest kotem pięknie funkcjonującym z obojgiem oczu. A trzecim kotem, najmłodszym, jest Kiwi, która jest kotem upośledzonym, z częściową ataksją móżdżkową, z przepuszczeniem podniebienia, rozszczepem wargi i kotką niesłyszącą z lekkimi zaburzeniami równowagi. Jest jedyna w swoim rodzaju i tego się opisać nie da słowami.

AA: Myślę, że tym miłym akcentem, że istnieją koty, których słowami opisać się nie da, skończymy nasz wywiad. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

M B-H: Służę pomocą.

*Więcej informacji o działalności Kociego Życia znajdziecie pod adresem: http://www.kociezycie.pl/

Skomentuj

Zdjęcia, grafiki i teksty (CC BY-SA 3.0 PL) Zielone Info 2013, lub zostały wykorzystane za zgodą.