logo Zielonego info
Z ostatniej chwili:

Co z tym euro, co z tą Europą?

 

Polityka stymulowania rozwoju za pomocą eksportu przyczynia się jednocześnie do narastania emisji gazów cieplarnianych, spowodowanego rosnącym zapotrzebowaniem na towary, w tym jak najbardziej możliwe do lokalnej produkcji (najbardziej skrajnym przykładem może być import do Polski chińskich truskawek albo raczenie się przez gwiazdy zachodniej popkultury wodą mineralną z wysp Fidżi), jak i narastaniem zjawiska globalnej konkurencji, mającej zdaniem jej krytyków ciągnąć w dół normy socjalne i ekologiczne w krajach taniej produkcji. Co więcej, jak zauważa np. jeden ze współautorów brytyjskiego raportu o Zielonym Nowym Ładzie, Colin Hines, strategia ta nie jest możliwa do podjęcia przez wszystkie państwa świata – wszak, co powinno wydawać się oczywiste, ktoś wyprodukowane na eksport produkty powinien kupować. Kwestie te stają się przyczynkiem do rozważań na temat alternatywnych systemów handlowych i monetarnych, wspierających z jednej strony lokalną produkcję i wymianę, z drugiej zaś – sprawiedliwą, globalną wymianę handlową towarów, które mogą być pożądane ze względu np. na skalę czy też ograniczenia zasięgu terytorialnego zasobów potrzebnych do ich wytworzenia.

 

Jednym z pomysłów wypróbowanym w wielu rejonach świata jest lokalna waluta, będąca pomocniczym środkiem obiegu pieniężnego na ograniczonym terytorialnie obszarze. Ideą, która jej patronuje,  jest walka z wypływem pieniędzy z lokalnej gospodarki, na przykład za pośrednictwem ich transferu przez lokalne oddziały ponadnarodowych korporacji. Pierwsze udane zastosowanie takiego projektu miało miejsce w latach 30. XX wieku w Austrii, kiedy to w miejscowości Woergl postanowiono walczyć z Wielkim Kryzysem poprzez emisję lokalnego pieniądza, którego zabezpieczeniem były miejskie zasoby austriackiego szylinga. Obarczony był on negatywną stopą procentową, co oznaczało, że jego wartość w wypadku niewprowadzania go do obrotu handlowego malała wraz z upływem czasu. W okresie trwania tego eksperymentu wzrósł popyt na lokalne produkty, co przyczyniło się do spadku bezrobocia. Tego typu projekty łączy się dziś często z dziedzinami ludzkiego życia związanymi mniej ściśle z produkcją, jak np. banki czasu. Polegają one na stworzeniu systemu, w obrębie którego wyceniane zostaje ludzkie zaangażowanie w lokalną społeczność, które podnosi jej jakość życia. Dzięki temu osoby dysponujące różnymi uzdolnieniami mogą za pomocą pracy „odpłacić się” za jakieś działanie innej osoby – np. poprzez udzielenie lekcji angielskiego w zamian za skoszenie trawnika. Obie te idee starają się zapobiegać negatywnym aspektom globalizacji, takim jak rosnąca ilość „miast-klonów”, których niegdyś tętniące ulice handlowe zmieniają się w jednolicie wyglądające przestrzenie okupowane przez osiedlowe sieci należące do hipermarketów.

 

Lokalne waluty, jakkolwiek pożyteczne, nie stanowią panaceum na problemy strefy euro. Rządy państw należących do tej unii walutowej w większości wypadków zdecydowały się na obranie drogi cięć budżetowych, mających na celu zapobieżeniu utraty kontroli nad długiem publicznym, który poszybował w górę wraz z ratowaniem banków na samym początku najnowszego kryzysu gospodarczego. Przed Europą stoją dziś dwa scenariusze  – albo nastąpi mniej lub bardziej kontrolowany rozpad euro, umożliwiający krajom peryferyjnym utworzenie bądź to nowej unii walutowej, bądź tez powrót do dotychczasowych walut narodowych, albo dojdzie do głębszej integracji politycznej i ekonomicznej UE. Zaletą tego pierwszego rozwiązania – jak pokazuje przykład grecki – byłaby możliwość zdewaluowania waluty, co przyczyniłoby się do poprawy globalnej konkurencyjności greckiej gospodarki. W wypadku realizacji tego scenariusza mamy jednak do czynienia z dwoma problemami – po pierwsze, nie rozwiązałoby to problemu greckich długów, które pozostałyby w euro. Po drugie – i tu zarzut jest głębszy – nadal oznaczałoby to tkwienie w dotychczasowym, niezrównoważonym modelu społecznym i ekonomicznym, nastawionym na eksport i globalną konkurencję o zagraniczne inwestycje. Tymczasem w Europie Środkowej wśród badaczy zjawiska ukierunkowania działań gospodarczych na zachęty dla bezpośrednich inwestycji zagranicznych (takich jak węgierski ekonomista Zoltan Pogatsa) coraz wyraźniej widać, że nie rozwiązują one takich problemów społecznych, jak niskie płace czy niski poziom zatrudnienia, i to pomimo hojnych ulg podatkowych serwowanych przez rządy regionu. 

 

Ściślejsza integracja Unii Europejskiej również nie musi rozwiązywać wszystkich problemów. Propozycje duetu Merkozy (kanclerz Niemiec i prezydenta Francji) idą w kierunku harmonizacji polityki gospodarczej między tymi krajami i – przy korzystnej koniunkturze – wszystkimi krajami strefy euro. Mniej w tym planie mówi się jednak o działaniach takich jak ściślejsza regulacja sektora finansowego czy redefiniowanie roli Europy w świecie, bardziej zaś – o redukcji hojności europejskiego modelu społecznego, na przykład poprzez podwyższanie wieku emerytalnego czy redukcję możliwości automatycznych waloryzacji świadczeń społecznych. Choć część z pomysłów, takich jak harmonizacja stawek podatkowych, przyczyniłaby się do ograniczenia „równania w dół” i dumpingu socjalnego oraz ekonomicznego w obrębie Unii Europejskiej (np. w postaci przenoszenia miejsc pracy z jednego kraju do drugiego z powodu korzystniejszych systemów podatkowych, umożliwiającego zarazem dalsze korzystanie z udogodnień jednolitego obszaru gospodarczego), to jednak mimo upływu lat rządy UE pozostają głuche na podnoszone od lat przez progresywne siły polityczne i ruchy społeczne postulaty. Sprzeciw Wielkiej Brytanii poważnie utrudnia proces wprowadzania europejskiego podatku od transakcji finansowych. Nie powstała niezależna, publiczna, europejska agencja ratingowa. Europejski Bank Centralny nadal skupiony jest jedynie na walce z inflacją, nie zaś na polityce sprzyjającej tworzeniu miejsc pracy. W jego skład nie wchodzą przedstawicielki i przedstawiciele związków zawodowych i organizacji pracodawców. Sparaliżowana niemocą decyzyjną Europa gasi na bieżąco pożary, wybuchające w kolejnych krajach, takich jak Włochy czy Hiszpania. Unijni przywódcy kupują sobie czas, ale globalne zawirowania na rynkach finansowych nie dają go zbyt wiele.

 

Jeśli Unia Europejska i euro przetrwają, będą musiały odnaleźć się w świecie, w którym rosnące znaczenie będą miały gospodarki wschodzące, takie jak Brazylia, Indie, Rosja, Chiny, Turcja czy Republika Południowej Afryki. Będą się one domagały należnego im znaczenia w instytucjach międzynarodowych – od ONZ po Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Co więcej, bardzo prawdopodobnie, co najmniej część z nich będzie sprzeciwiała się dotychczas preferowanemu modelowi globalizacji, chcąc chronić własne rynki wewnętrzne przed zalewem zagranicznej produkcji albo kosztami, wynikającymi chociażby z walki z tanimi lekami generycznymi, popularnymi na Globalnym Południu. Dla Unii Europejskiej połączenie troski o wewnętrzną spójność, w tym także społeczną, z globalną solidarnością, będzie szczególnym wyzwaniem. Widać to w unijnej polityce rolnej, przyczyniającej się do kłopotów rolnictwa w krajach rozwijających się. Europoseł José Bové, legendarny przywódca francuskich rolników, walczących z globalnymi korporacjami, sugeruje, by Europa nie zamieniała jednej skrajności w drugą i by zamiast likwidować wspólną politykę rolną – reformowała ją, znosząc subsydia eksportowe. Dotychczasowa polityka handlowa UE nie różniła się zbytnio od tej proponowanej przez Stany Zjednoczone, promujące liberalizację handlu w krajach rozwijających się i jednocześnie stosujących protekcjonistyczne cła i dotacje, utrudniające dostęp do rynku wewnętrznego i jednocześnie zalewające Globalne Południe własnymi, tanimi produktami, np. rolnymi. Przyczyniało się to do upadku lokalnej produkcji, biedy, bezrobocia, uzależnienia krajów rozwijających się od eksportu towarów uznanych za potrzebne na rynkach Północy (najczęściej nisko przetworzonych) i do negatywnego dla krajów biednych bilansu handlowego na linii Północ-Południe. Wspieranie inicjatyw integracyjnych w Afryce i Azji, wywiązanie się ze zobowiązania przekazywania 0,7% PKB krajów rozwiniętych na pomoc rozwojową, promowanie sprawiedliwego handlu oraz poprawy globalnych norm pracy i ochrony środowiska – to wszystko działania, które Unii Europejskiej pomogłyby odzyskać nadszarpnięty kłopotami z euro prestiż. 

 

Wracam tu do przedstawionych na początku tego tekstu pomysłów na większą lokalizację produkcji i konsumpcji. Daleka jest ona zarówno od pomysłów na zupełną samowystarczalność ekonomiczną, niemożliwą do osiągnięcia w zglobalizowanym świecie, jak i od gospodarczego nacjonalizmu, pomijającego wykraczające poza granice państwa narodowego powiązania gospodarcze, np. między sąsiadującymi regionami. Wymusza ona myślenie o ekologicznych kosztach przewozu towarów, skłania do stymulowania lokalnej gospodarki i popytu realizowanego w jej obrębie, w końcu wymaga wyjęcia z lamusa takich działań, jak chociażby powrotu do prowadzenia aktywnej, minimalizującej koszty społeczne i ekologiczne polityki przemysłowej. Świadomości tych powiązań zdaje się brakować światowym przywódcom, co sprawia, że ciężar ich promowania po raz kolejny spada na organizacje i ruchy społeczne, od siły nacisku których zależy to, czy konieczne do zapobieżenia zmianom klimatu oraz pogłębianiu się globalnych nierówności przemiany faktycznie będą mieć miejsce.

 

Bartłomiej Kozek

Skomentuj

Zdjęcia, grafiki i teksty (CC BY-SA 3.0 PL) Zielone Info 2013, lub zostały wykorzystane za zgodą.